---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 4 listopada 2012

Prąd w Australii

----
Dziś nie jest już tak koszmarnie zimno. Wyszło słońce. Jak padało dwa dni, to siedziałam przytulona do grzejnika z przerwą na spacery.  Nie wiem jak bym tu wytrzymała miesiąc wcześniej, a tak miałam jechać w pierwotnej wersji. Nie dałabym rady pracować na komputerze, (a jeść trzeba to i zarobić). Dziś można już z przyjemnością siedzieć na werandzie.
----


Prąd.
Australijska wtyczka:

Przejściówka na europejską (na szczęście tu w Australii też jest 220, tylko bolce inne)

Uziemienia nie ma? No nie ma, ale nie szkodzi, w przedłużaczu też nie ma i w sporej części urządzeń nie ma, a nie jestem wcale taka pewna czy w kontakcie jest, czy tylko dziurka jest.

Niedawno postanowiłam wynieść się z pracą z pokoju i zabrałam lapka na zadaszony, osłonięty północny taras. Ja przetłumaczę, to co napisałam, bo już wiem, że jak kto nie był w Australii, to nie zdaje sobie sprawy – tu jest tak ostre słońce, że nawet jak było 15 stopni Celsjusza i zimnawo – to należało się smarować filtrem i osłaniać. Spaliłam sobie czoło na 2 godzinnym spacerze po lesie. Jak są upały, to należy się zaszyć w norze. A wychynąć o poranku i o zmierzchu. Korzystając z chmur na niebie i że upał nie rozwalał – postanowiłam zainstalować się na tarasie. Jak nie ma chmur to weranda jest za jasna do komputera.  Tu nie ma tak, że hamaczek sobie powieszę pod drzewkiem, bo słońce mnie spali i jeszcze dodatkowo nic nie będę na ekranie kompa widziała.

Teraz sobie siedzę i piszę (w edytorze, skopiuję do netu w pokoju) i niby północna strona, i niby pochmurny dzień, a i tak powiesiłam sobie szmatę nad kompem, bo za jasno i mało co widziałam na ekranie.

To teraz jeszcze opowiem o kabelkach do prądu.
Żeby mieć „prónd” na weranadzie to sobie dociągnęłam kabel do kosiarki – ale nic z tego,  chcę wetknąć w kompa (w przejściówkę) – i…. kurde, jeszcze inny system? Na dwie pionowe blaszki?! Zamiast australijskich ukośnych?! A co to? Arabskie? (samoloty którymi leciałam, arabskich linii, miały kontakty w fotelach, ależ tak. W jeszcze innym systemie). Wracając do kosiarki – no ni hu hu,  nie da w się te pionowe dziurki. Nie wiem do czego to, może do jakieś konkretnej dedykowanej kosiarki?  Zwinęłam kabel z ganku, poszłam po drugi. Wyciągam i  – o! niespodzianka! Europejski.

Ale i tak jakiś dziwny… Kosiarka europejsko-australisjka, czyli wejście kabla w kosiarkę europejskie, ale wejście kabla w gniazdko już australijskie. I ta europejska wersja jakaś udziwniona, bo na 250 volt, i 25 amperów i, czyli więcej niż normalnie w Polsce i  pewnie kosiarka-smok, co żre prąd jak głupia i zwykły kabel by spaliła. 

Dla niewtajemniczonych, jak jest w Polsce:
- zwykły kabel w Polsce jest na mniejszy prąd,  czyli 220 czy 230 wolt, i do wyboru albo 10 amperów (do lampki, kompa i innych mało żrących prąd) albo 16 amperów (do mocno żrących: czajnika, kosiarek, piecyków, pralek) i to jest standard w Polsce. Jak się wsadzi mocno-żerne urządzenie w cienki kabel to się sfajczy. Odwrotnie można. To o Polsce.

I tu należą się wielkie podziękowania dla mojego osobistego szwagra, bo to on opowiedział mi o kablach, napięciach oraz co najbardziej istotne – nauczył mnie, gdzie kabel ma napisane jaki on jest.

I dlatego nie bałam się w Australii brać kabla kosiarki dedykowanego na duży prąd – do komputera. Ten kabel ma ciupkę inne wejście dla wtyczki, widać że to inny system, ale na wcisku weszło. A ja tu w górach żadnego kabla nie kupię, bo i chleba nie kupię, tu sklepów nie ma, jest jedna kawiarnia i poczta – i błogosławię szwagra i kable od kosiarek.

Jakbym była z kraju 110 voltów i  miała komp na 110 woltów to bym taka odważna nie była. Chybabym się okablowała w certyfikowane przejściówki przed wyjazdem. A tak, jak mam 220, i w kontakcie 220, to na spokojnie.
I zaczynam rozumieć co pisarz Wharton miał na myśli, jak w „Nie ustawaj w biegu” pisał o montowaniu halogenów w galerii – łączył systemy 110 i 220 wolt i czuł się ździebko zagubiony. Swoją drogą książka autobiograficzna i świetna, chyba najlepsza ze wszystkich jego książek. Podobnie jak druga autobiograficzna „Niezawinione śmierci” – czyli o wypalaniu traw i śmierci jego córki (koszmar na autostradzie). Obie autobiograficzne książki podobają mi się dużo bardziej, niż wszystkie pozostałe, co napisał. Wracając do gniazdek i  kontaktów – przeleciałam przez dwie strefy różnych gniazdek elektrycznych. Ciekawe ile ich jest na świecie? Zastanawialiście się kiedyś ile?


Na koniec przejściówka co się dzisiaj objawiła Kangurowi przy jednym z urządzeń: ona łączy trzy systemy: europejski, arabski i australijski. I malutka jest.



1 komentarz:

  1. Co do Whartona to polecam również autobiograficzną książkę "Dom na Sekwanie".
    Jak w tytule, o tym jak budował swój dom na Sekwanie (czyli na barce).

    OdpowiedzUsuń