---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocie sprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocie sprawy. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

Wielka saszetka

Otwierałam dziś torebkę z mąką ryżową. Była woreczkiem z metalizowanego plastiku, i wyglądała jak wielka saszetka z kocim żarciem. Tak w każdym razie uważał mój kot, który się łasił i zaglądał co tam jest w środku, bo jak taka wielka, to musi być dobra!!!

Zawartość go rozczarowała....


poniedziałek, 15 lipca 2013

Kot przestał sikać

Dwie doby już przeszło w kuwecie czysto. To niebezpieczne. Jestem uwrażliwiona bo on jest kastrat i oczekiwane ma problemy z nerkami.

Ino że po nim nic nie widać. Śpi, nie miauczy, sierść normalna, oczy błyszczą, daje sobie pomasować brzuszek, nic nie boli, a w każdym razie nie widać. Gdyby nie kuweta, a ogródek był jako ubikacja, to bym nie zauważyła problemu.

Czekam. Jak trzeci dzień będzie bez sikania, to pójdę do weta, i to takiego, co na miejscu zrobi badania z krwi.
A swoją drogą rozgądam się czy gdzieś nie siknięte w inny kącik, bo nic po nim nie widać, żeby miał problem. Niby generalnie trafiał do kuwetki... Chm... Na wszelki wypadek dałam nowy piasek, żeby mu się milej sikało, stary był już dość zużyty, może mu źle pachniał. Zobaczymy. Czekam. Mam nadzieję że o poranku zastanę wielkie siku.

PS
Kot pół godziny po napisaniu wpisu zrobił wspaniałe, wielkie siku w nowy piasek.
Uf. Ulżyło mi. Jemu pewnie też.
Jeden mały kot a ile z nim zabawy.

czwartek, 20 września 2012

NA KŁOPOTY ze SNEM - koteczek

Każdy kto ma kłopoty ze spaniem powinien sprawić sobie kota.
Czy wiecie jak słodko taki kot śpi?
Taki kłębuszek?
Czasem sobie jeszcze łapeczką oczy zasłania, żeby nie raziło. Albo czubeczkiem ogona.
No, po prostu poezja.
A dużo śpi - więc łatwo mieć na wzór.
Mi się momentalnie zachciewa jak popatrzę.



Jogurt morelowy i kot:
Mi smakował średnio (jogurt mi smakował oczywiście, kota nie liżę), kotu bardzo. W celach HYGENICZNYCH wspólnej konsumpcji najpierw dałam do wylizania wieczko. A potem skapywałam po łyżce na to wieczko. Kocina sukcesywnie wylizywał. Żeby mu wieczko nie latało - przytrzymałam. Laptop na kolanach, albo książka. Obok kot - i tak sobie razem jemy jogurt. Romantico.
A już się zbój nauczył, że jak siedzę i czytam, to zwykle coś jem, więc przychodzi na patrol i wsadza ryj. Dziś poszedł na spółkę serek waniliowy. Mi smakował bardzo, kotu całkiem całkiem. Wczoraj serek truskawkowy, ale dużo to kotu nie dałam, bo tych cukrowo-owocowych rzeczy wolę nie dawać. A rwie się, kocioń, do wszystkiego co mleczne! Ogromnie lubi. Budyń też usiłuje wyżreć, choć on nigdy nie jest za bardzo nachalny na jedzenie, bo łagodny i dobrze wychowany. Dadzą, ok, miło, a nie dadzą, to się nie będę upierał. No, dobra, przejdę w nocy po stole, bo w dzień to mnie widzą i gonią i wiem, że nie wolno, więc przejdę nocą, i jak zostawili to przecież grzech by wyschło i się zmarnowało...

:-)))

Wczoraj byłam na rybach, w nowym miejscu, i wreszcie zaczęły mi się łapać krąpie. Wcześniej mi się nie łapały. Dobry znak. Powtórzę eksperyment, bo albo miejsce, albo dzień, albo przynęta, przy czym obstawiam miejsce. Zobaczymy, na razie pada. Jedyny większy krąp w garnku. Będzie ucha. Mniejsze też można jeść, bo nie mają wymiaru ochronnego, ale skrobać się nie chce takich maluszków.

A nie tylko ja karmię kota, on dziś też mi jedzenie przyniósł. Mysz w dowód miłości. Numer 142 w tym roku. Żaden facet mi tyle kwiatów nie dał....

czwartek, 10 maja 2012

NAUKA POLOWANIA

Kocinda zwykle przynosi mi zabite (właśnie przyniósł szóstą). Ale wczoraj przyniósł żywą. Wielką, tłustą, jak rzadko. I bardzo żywą. Piszczącą. Po czym ją mi wypuścił w chałupie!

No, to już przesada. Opierniczyczłam kota. Zaczął łapać. Pomogłam odsunąć drzewo przy kominku, gdzie się schowała. Złapał. Zaniósł do kuchni. I znowu wypuścił!

Pomogłam odsunąć torby pod stołem. Złapał. Mysz piszczy. Puścił, złapał. Popatrzył na mnie. Kurcze. Za chwilę ta mysz ucieknie, gdzieś gdzie nie będzie dojścia. I jak na zamówienie. Kot znów puścił, a ona dała dyla za lodówkę. Nawrzeszczałam na kota. Pomogłam odgarniać zapasy z kąta przy lodówce. Lodówki nie odsunęłam. Poszłam sobie ochłonąć. To nie na moje nerwy.

Za chwilę przyszedł kot z myszą w zębach. Po czym ostentacyjnie na moich oczach wypuścił ją w przedpokoju. Tam są schody. Tam są schowki nie do wydostania. Załamałam się.

Załamanie się ma pewne zalety - zmienia perspektywę. Siadłam na schodach i zastanowiłam się, co robić. W końcu.. co z tego, że mysz? Zostawiam otwarte drzwi jak ciepło. Może wejść i sto myszy. Najlepszą gwarancją, żeby się nie rozmnożyła, jest łowny kot. Wtedy się uspokoiłam. Trudno, wypuścił, to wypuścił, jakaś skucha może się zdarzyć. Suma i tak jest dodatnia. I poszłam na zaplanowane ryby, co to mi ta mysz je opuźniła. A kota zostawiłam, niech sobie łapie. Byłam ciekawa czy złapie.

Wróciłam z ryb. Spytałam kota, czy złapał. Naszykowałam obiad. Kocinda wparadował z wielką, tłustą (i na już, na szczęście, martwą) myszą w zębach. Ufff....

I w trakcie obiadu naszła mnie refleksja, że on tak ostentacyjnie wypuszczał. I czekał. I patrzył na mnie. To chyba miał być prezent, żebym też sobie połapała i miała frajdę. Taka nauka wędkowania. Tfu. Myszowania. Albo pokaz dzielności. Ale to był pokaz. Wyszedł mu, nie ma co.

czwartek, 26 stycznia 2012

PÓŁECZKA NA KALORYFER

Zrobiłam kotu półeczkę.  Kaloryferową.

Patrzyłam niemal od początku pobytu u mnie - jak usiłuje się wtrynić na górną część kaloryfera, ale mam tak blisko do parapetu, że nawet bardzo chudy kot się nie zmieści. No to chociaż boczkiem. No chociaż jakoś z oparcia fotela… Jak patrzyłam na te próby przytulenia się do ciepłego, ponawiane systematycznie, no to zrobiłam półeczkę, a niech ma. Wystarczyło kilka deseczek z działki, parę śrub i gwoździ, i na deser drobna danina z krwi – raz nie trafiłam młotkiem, ale tylko troszeczkę. No i ręcznik, żeby było miękko kotu w tyłeczek.



I co? I super. Półeczka została przetestowana i uzyskała 11 punktów w  10- punktowej skali. Stała się najbardziej ulubionym miejscem spania kota. Lepszym nawet niż wieszak na ręczniki w łazience (sic!), który do tej pory był najgłówniejszy ulubiony.