---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lutego 2013

Prąd międzynarodowy


To jest gniazdko międzynarodowe. 

Wygląda strasznie, prawda? Takie mają w samolocie w arabskiej linii. A tymczasem możesz tu wetknąć zarówno wtyczkę europejską na dwa okrągłe bolce, jak i wtyczkę z ukośnymi płaskimi bolcami, taką jak w Australii i Nowej Zelandii (wklejam z boku), oraz wtyczkę na dwa pionowe płaskie bolce (Anglia?) i jeszcze parę wtyczek. Jedyny problem to - przyjrzyjcie się - napięcie. Jest na 110 wolt. Czyli nikomu komputera nie spali, ale nasze urządzenia przystosowane do 220 volt mogą nie działać. Ja nie używałam, bo mało miejsca na kolanach jest w samolocie w klasie ekonomicznej, i mi niewygodnie, wolałam pospać, albo robić zdjęcia za oknem.

A teraz zagadka: na jaki prąd jest to gniazdko?
 
Ja też nie mam pojęcia. Zgaduję - że skoro jest to gniazdko na międzynarodowym lotnisku w Milanie (Mediolanie), i w nowo otwartym skrzydle, to że jest to europejski standard 220 volt. Ale pewności nie mam. Mój komputer działał, jak w to wetknęłam.

--
Drodzy czytelnicy, przyznajcie się, kto czyta mnie we Francji? Mam regularne wejścia z Francji, a nie kojarzę kto znajomy tam pojechał?

sobota, 2 lutego 2013

Czemu ty jesteś taka uparta? Oraz "JA".

- Czemu ty jesteś taka uparta? - zapytał mnie mój kolega retorycznie, wcale nie w intencji dowiedzenia się dlaczego, tylko z niezadowolenia, że znów go wypytuję. Wracałam z góry Kościuszki w jego samochodzie i właśnie wypytywałam o dane na Nową Zelandię. Jego pytanie przelało czarę. Po Australii i tak się trudno podróżuje, bo są duże odległości, bo nie ma transportu publicznego, bo australijskie rozleniwienie powoduje że nikomu się nie spieszy i nic się nie daje załatwić szybko i nagle 3 miesięczny wyjazd okrutnie się kurczy.
- OCZYWIŚCIE ŻE JESTEM UPARTA. - oświadczyłam. Kolega zdębiał. - Jestem bardzo uparta, i będę, bo dzięki temu coś pozwiedzałam. Zobacz gdzie byłam. Tu i tu i tu, i to wszystko dlatego że sama sobie załatwiłam i byłam uparta. Jakbym czekała aż mi ktoś coś załatwi to nic bym nie zobaczyła. I mam zamiar nadal być taka uparta. - Tu kumpel uśmiechnął się i pokiwał głową. Bo dotarło.

Tak, jestem szybka i zdecydowana, można nazwać to "uparta" jak ktoś chce. I to wcale nie jest głupie pytanie dlaczego, bo ja naprawdę akurat ten zestaw cech to w sobie cenię i wcale nie od razu byłam taka "ogarnięta" życiowo. A jak się "ogarnęłam" to lepiej wiem czego chcę i znacznie łatwiej mi po to sięgać.

Takie poustawianie sobie celów życiowych w dużej mierze zawdzięczam lekturze pewnej książki - było to "MY" Niwińskiego. Zaraz potem pojechałam na kurs przez niego prowadzony, i poczytałam kolejne, między innymi "Ja". Też dobra. I wpisana na listę książek "Cała Polska czyta dzieciom", w najstarszej grupie wiekowej, dla nastolatków. Bo właśnie mówi o wybieraniu co najważniejsze. Nawet nie o tym co najważniejsze, bo to różnie każdy człowiek sobie sam określa, tylko o umiejętności wybierania. Mi bardzo pomogło. Nie znaczy że olśnienie spadło z nieba, nie znaczy że nagle uderzyła mnie jasność, ani że każde zdanie z tej książki poraziło mnie prawdą objawioną - ta książka jest po prostu napisana z dużym sensem, a w dodatku po lekturze coraz łatwiej mi przychodzi określenie czego chcę od życia i stopniowe robienie tego. A to sporo roboty. Taka wyprawa do Australii na przykład - to spory wysiłek i "sama" ta wyprawa się nie zrobiła. Ale mam poczucie, że wysiłek włożony w dobre rzeczy. I o to chodzi..
"Ja" ma dwudziestolecie ukazania się w tym roku i to dobra okazja, żeby napisać o dobrej książce.

Na zdjęciach uparta droga - z Canberry na górę Kościuszki, odcinek gdzie nie ma publicznego transportu na całość trasy jeśli są wakacje szkolne. A jechałam właśnie w wakacje szkolne. Jak się kto nie uparł, to nie dojechałby.





















piątek, 1 lutego 2013

Latanie po włosku



Mój samolot drugi nie złapał lotu numer trzy, tego ostatniego do Polski. 

A wszystko przez uprzejmość. Bo leciałam trzema samolotami. Dwa długie loty: Australia – Emiraty i Emiraty – Europa, i zawsze są co najmniej dwa długodystansowe, bo raz trzeba się zatrzymać po paliwo, plus jeden krótki dolot po Europie. Długie loty w Abu Dabi czekają na siebie: generalnie zlatuje się  wszystko ze wschodu (z Australii, z Tajlandii, z Nowej Zelandii), tu się tłum kokosi i przesiada. I stadko samolotów rozpryskuje się na zachód, do różnych miast Europy. Te samoloty długodystansowe generalnie na siebie czekają, żeby wszyscy przylecieli i się przesiedli.  I mój drugi samolot czekał na pasażerów, żeby zdążyli się przesiąść. I pasażerowie z innych samolotów z innych kierunków, co mieli tak ja lecieć przez Abu Dabi do Milanu, to niektórzy mieli opóźniony lot, więc mój drugi samolot na nich czekał. I się opóźnił. Tak się opóźnił, że nie łapał mojego trzeciego samolotu. A mój trzeci samolot już nie był taki uprzejmy i nie czekał. Bo to tylko dolot po Europie, a nie długodystansowiec, co rzadko kursuje. I tak moja podróż wydłużyła się ponad 30 godzin.
 Wizja przesiadki w Milanie budziła we mnie zgrozę. Pamiętacie co się działo na przylocie w tamtą stronę? Wyszłam wtedy niechcący poza lotnisko, po GODZINIE szukania JAKIEJKOLWIEK informacji. Nigdy więcej przesiadek w Milanie. Planowałam uczepić się załogi i trzymać kurczowo za frak i iść za nimi krok w krok, nawet jakby protestowali. Odsyłali mnie do personelu naziemnego, co będzie w wejściu samolotu, po otwarciu. Dobrze, dobrze, ale czy możecie im po angielsku wytłumaczyć moją sytuację, że jestem spóźniona na przesiadkę i poszukuję połączenia? Żebym nie ja im tłumaczyła, tylko wy? Bardzo proszę… Bo po ponad 20 godzinach lotu to angielski mi szwankuje i mogę nie być dość sprawna by się dogadać. Nie protestowali, dopilnowali przekazania mnie, dali kocyk i wodę w łapkę, żebym sobie wzięła i komfort względny miała, skoro mam jeszcze tu czekać.
I obsługa naziemna mnie zaskoczyła. Etihad (czyli moja linia) miał przy gotowaną panią, z kartką z moim nazwiskiem, która stała przy drzwiach samolotu żeby mnie przejąć. Przygotowaną wcześniej, niezależnie od tego że gadałam z załogą. Ta procedura, jak się okazuje, jest automatyczna – jak klient gubi połączenie, bo się spóźnia samolot, a w systemie ma loty na jednym bilecie - to linia go przejmuje i kieruje. Nie musi sam ganiać po lotnisku i szukać biureczka z właściwą panią i właściwą linią, albo reklamacją czy tranzytem.(wyobrażacie sobie coś znaleźć na włoskim lotnisku? Bu ha ha). Leciałam najbliższym kolejnym samolotem, czekania dodatkowe 4 godziny. Pani miała w łapce wydrukowany bilet dla mnie, i wszytko wyjaśniła, co gdzie, kiedy, spytała czy chcę może odebrać bagaż główny, czy bagaż ma się sam przesiąść (nie chciałam nic odbierać, ja nie chcę nic robić na włoskich lotniskach). Uparłam się by mnie odprowadziła pod bramkę, a na próby pani zostawienia mnie i pokierowania mnie po znaczkach reagowałam stanowczym protestem. Nie, nie, nie, ja się tu już raz zgubiłam, nie trafię, proszę mi pokazać bramkę.

Całość podróży ponad 30 godzin.
Ale nie było źle. Miałam szczęście i w pierwszym samolocie, najdłuższym, trafiło mi się puste miejsce obok, więc nie dość, że miałam pod oknem (zdjęcia jak miód! Przywaliłam ponad 1000 zdjęć Australii z lotu ptaka), to jeszcze cała dwuosobowa „kołyska” była moja. Główkę se oparłam o podłokietnik pod oknem, skuliłam w kłębuszek, i stópki dałam na drugi podłokietnik, żeby były w górze, to nie puchną aż tak. Tylko czasem pani stewardesa budziła mnie niechcący, jak mi przykopała w stópki wózkiem. Dało się żyć. I przypadało na noc australijską, lecieliśmy głównie nad nudnym i ciemnym oceanem (Australia z lotu ptaka była tylko przez 3 godziny na początku) – to i miło się wyspałam.
Drugi samolot nie był taki miły, już miałam towarzysza, więc wszystkie godziny były na siedząco, ale tyle dobrze, że szczupłego Włocha. Współczuł mi przesiadki w Milanie, bo znał sytuację na włoskich lotniskach, to włoskie zorganizowanie i porządek… „To typowe dla Włochów” – powiedział z uśmiechem jak opowiedziałam o mojej pierwszej przesiadce tam i szukani bramki   Nie wypoczęłam, ale i nie były to tortury – tak jak w pierwszej podróży, gdzie do Australii to trafił mi się olbrzymi, gruby Libańczyk, i w efekcie siedziałam i przytulona i bardziej niż chciałam i trochę krzywo, bo on się nie bardzo mieścił. Do kompletu usiłował mnie klepać po kolankach, ale z uśmiecham a stanowczo położyłam jego rękę z powrotem na jego własnym kolanie. Potem nieopatrznie spytał mnie o zawód i… już nie usiłował mnie poklepywać. He, he. Milutko. Ale ciasno było. Natomiast tym razem, ze szczupłym Włochem to się nawet dawało trochę podkulić nogi czy na pół zwinąć i mieściliśmy się obok sienie oboje trochę zwinięci (chyba też go tyłek bolał od siedzenia).
Podobno ta arabska linia ma o dwa cale szersze siedzenia – nie wiem, nie mam wyczucia, ale generalnie i tak jest ciasno i marnie – jakby w ciasnej klatce usiąść na krzesełku i siedzieć 20 godzin. Najpierw  zaczęłam siedzieć bokiem, bo już za bardzo bolał mnie ogonek. A w Milanie to po prostu leżałam na podłodze, na kocyku, z nóżkami na plecaku robiąc wiochę na międzynarodowym lotnisku. O trzech kolejnych godzinach siedzenia w  ramach dolotu do Polski myślałam z obrzydzeniem. O wstaniu też myślałam z obrzydzeniem, byłam mocno zdechła, ale na szczęście ludzie tu w Milanie generalnie nie są jakoś specjalnie zdziwieni leżącymi zwłokami. Nawet jak by byli, to chromolę. Naprawdę. Póki tylko patrzą a nie sadzają czy nie gadają – to mi rybka. 30 godzin podróży robi swoje.
Nie udało mi się wyprosić jakiś bonusów w stylu zmiana klasy na biznesową w tym spóźnionym samolocie, ale… ale pogadałam z panią na bramce. Widziała moje nazwisko jak odprawiała poprzedni samolot, ucieszyła się że trafiłam, jestem, i bezpiecznie wracam. Współczuła liczby godzin, zwłaszcza, że się wydłużyły bez mojej winy, i…i…  znalazła mi takie miejsce, że miałam obok siebie miejsce wolne. J  Więc znów mogłam się położyć. I chwała Bogu, bo siedzieć to ja już nie bardzo byłam w stanie. Po prostu zwyczajnie bolał mnie tyłek. Pod koniec tego drugiego lotu to już po prostu bardzo.

Scenka rodzajowa:
A przy odbiorze bagażu było zabawnie. Bo plecak znalazłam, rzeczywiście razem ze mną przyleciał, nie pojechał zwiedzać innych kontynentów, co się zdarza, zwłaszcza na włoskich lotniskach…  Złapałam plecak i rozglądam się gdzie jest wyjście i moi oczekujący. Obsługa się zainteresowała czego szukam. Wyjścia głównego szukam i moich ludzi. To tutaj, jest w tej chwili otwarte tylko jedno, więc moi mogą być tylko tam. Good. W tym momencie wzrok pana padł na mój bagaż.
- O matko! – wyrwało mu się. Z bagażu zwisał doklejony długaśny języczek z wypisanymi wszystkimi kodami lotnisk pośrednich, gdzie w czasie tej podróży mój bagaż „sam” się przesiadał. Oczy pana lotniskowego były okrągłe z wrażenia:
- Skąd…. skąd pani leciała ?!
Boże mój. Ja tylko z Sydney. A ta dodatkowa karteczka to dlatego że trzeci samolot się spóźnił i leciałam czwartym. No normalnie, nie? Najkrócej jak się dało. Teraz już będzie lepiej latać od tego roku bo będą długodystansowce z Warszawy więc nie będzie małej przesiadki w Europie, a tylko jedna u Arabów lub w Azji. Ale jak kupowałam bilet to jeszcze nie było tych połączeń, dopiero miały się zacząć.
W autobusie z lotniska do domu stałam. Obaj przyprowadzający mnie panowie usiedli, ja grzecznie odmówiłam. Stanowczo – siedzieć – JA - NIE. NIE. Żadnego siadania.






 Gdy weszłam do domu – byłam ciekawa co kot. A kot zdębiał. Wmurowało go. Nie obraził się (jak zwykle robią koty). Po prostu nie mógł uwierzyć. A pierwszą noc przespał na mnie (polubił leżenie na mnie a przytył, i skurczybyk zrobił się ciężki. Żeby go nie przestawiać obok to czeka z włażeniem na człowieka aż ten zaśnie i budzi mnie takie uczucie przyduszenia.) i nie odstępował mnie na krok.

środa, 30 stycznia 2013

Doleciałałam i umieram.

Doleciałam.
Z przygodami, bo nie złapałam trzeciego lotu, drugi się spóźnił. Opiszę, jak dojdę do siebie. Na razie niby nie mam problemu ze spaniem, śpię w nocy w miarę ok, mimo że mam pół doby różnicy, dokładnie zamianę dzień na noc.. I nie jest mi nawet jakoś zimno, mimo że tu zima a tam lato, ociepliło się w Polsce, a różnice temperatur w Australii są koszmarne, i jakoś mi nie robi kłopotu zima polska. Więc niby jest dobrze.
Ale i tak czuję się jakoś tak jakby mi kto młotkiem dał w głowę. Ogarnę się trochę, odpocznę i dam Wam więcej zdjęć z lotu, oraz opis jak się robi przesiadkę po włosku. Będziecie zaskoczeni.

Na razie kilka zdjęć na zachętę: Australia z lotu ptaka i Abu Dabi nocą.




niedziela, 27 stycznia 2013

ABU DABI

Pisze  z lotniska. Abu Dabi ma darmowy net. Podobno nawet darmowe wifi, ale wifi mi nie zawsze dziala na laptopie, to jak dorwałam kiosk z internetem, to od razu pisze. Jak uda mi sie znaleźć kontakt na europejska, australijska, lu uniwersalna wtyczke, oraz uda mi sie polacyc przez wifi - to odpale laptopa i wrzuce Wam zdjecia z lotu, a co. Jeszcze bede leciala, a juz bedziecie widzieli.

Kto wie, ile bede leciala. Na razie moj Mediolan, czyli Milan jest opozniony o pol godziny. To znaczy, że w Milanie mam na przesiadke wcale nie godzine i 20 minut, tylko mniej....  A to jest to znienawidzne przeze mnie, zle zorganizone, pozbawione informacji, wloskie lotnisko. 50 min na przesiadke... Zobaczymy. Zdąże, albo nie zdąże. Równie dobrze mogą odwołac czy opoznic loty w MIlanie z powodu sniegu. Nic nie poradze, zriobe co moge, i tyle. Moge sie szybko przesiasc, i moge poprosic zaloge o pomoc na przesiadce.

Dluga noc. Bedzie trwac dla mnie dwadziescia godzin. Wylecialam wieczorem, i lece ze sloncem,  a raczej z cieniem, z noca. Przesuwam sie w tym samym kierunku co noc, tylko noc jest troszke szybsza.

Wylecialam wieczorem, a wlasciwie po poludniu, przylatuje nastepnego dnia rano. Mimo, że lece dobrą  dobę. W ten sposob oddaja mi pol doby, co mi je ukradli na przylocie. Wtedy tez lecialam dobe, ale zabralo mi to poltora dnia.

Tu, w Abu Dabi jest pierwsza w nocy. Juz poniedzialek. W Polsce powinien byc bardzo pozny wieczor  niedzielny. W Australi juz jest dzien, poniedzialek.

Do zobaczenia. Trzymajcie kciuki za przesiadki i malo sniegu. I zeby dalo sie polaczyc przez wifi na laptopie. Ale przede wszystkim za loty, bo jeszcze mam dwa.

---
Podłączyłam się, ale z lotu nie zdążę zrzucić. To wrzucam kilka z gór, co już miałam zgrane i przygotowane.




sobota, 26 stycznia 2013

Nigdy nie widzialem sniegu.

Nigdy nie widzialem sniegu - powiedzial do mnie dzis sprzedawca, kiedy rozmawialismy o tym skad jestem i ze jutro wracam do zimowej Europy. Powiedzialam mu, ze ma snieg na Kosciuszko Mountain, nawet teraz, w lecie. I ze moze pojchac, bo tam sie latwo wchodzi. Uslyszalam w odpowiedzi, ze on chyba nie podrozuje tak duzo jak ja. Wow, poczulam sie swiatowo. Zupelnie inaczej niz zagubina Polka na obcej ziemi, z dukanym angielskim znanym jedynie ze szkoly, z bariera jezykowa i kulturowa. Poczulam sie jak prawdziwy, doswiadczony podroznik.
Koniec scenki rodzajowej.

Na ponizszym zdjeciu mozecie zobaczyc paraSOL. To, czego uzywamy w kraju, to przeciez paraDESZCZ. Tu naprawde robi to, co nazwa wskazuje, czyli chroni przed sloncem. Ludzie tu czasem uzywaja parasolek w ten sposob, chroniac sie przed ostrym swiatlem.

A teraz na specjalne zyczenie mamusi. 

Dygresja
Widalam kiedys na Mazurach lodke, ktora sie nazywala: Kaprys Tatusia.
Koniec dygrgesji.

Wracajac do mamusi: mialam pokazac ubrania i ulice w Australii. Sluze uprzejmie.



Australijki generalnie chodza w kieckach. Oraz, co akurat nie bardzo widac na tym zdjeciu - bardzo duzo Australijczykow jest bardzo otylych.

 Most na zdjeciu powyzej, to ten slawny, co sie na niego wchodzi. Ponizej Opera.

Ponizej stacja promu.

A teraz cos dla tatusia, bo tatus lubi lodki.  Zdjecia z promu.


 Takim promem jechalam. to analogiczny, plynacy w druga strone.

Dzien przed wylotem

Jutro lece.

Jestem w Sydney, niedaleko lotniska, u kumpla. Juz mi troche lepiej. Poradzenie z sobie z wyjazdem z Gor Blekitnych bylo duzo bardziej problematyczne niz myslalam. W koncu zdecydowalam zostawic wiekszosc ubran, zeby moc uniesc plecak. Mam tylko zestaw do ubrania na zime, pizamke, kompik, fotoaparaty i wszystkie zasilacze i okablowanie. Troche jedzenia, troche wody. Troche pamiatek. Zostawialam nawet gorskie buty oraz jedne z moich ukochanych obcasow, zlote pantofelki - ktorych ani razu nie mialam okazji tu wlozyc. Trudno. Mam drugie, podobne, beda musialy mi wystarczyc w Polsce.


Teraz, wczoraj, udalo mi sie kupic mango i passion fruity - i wezme do Polski, mam nadzieje ze mi tego nie wytrzepia z bagazu. Nie wpowinni protestowac, chyba ze o czyms nie wiem. Teraz mi juz nie przeszkadza ciezki plecak jak mam w perspektywie tylko dojazd na lotnisko, tu jest ok, juz jechalam ta trasa (na Nowa ZElandie) i wiem czego sie spodziewac i nie jest zle. Krotkie odcinki i bez schodow. To Blekitne byly koszmarem dla czlowieka z bagazem, jak ma z tamtad jechac gdziekolwiek sam, publicznym transportem. Nie ma tego zlego, dzieki temu moge spokojnie zmiescic te owoce. Gorzej, ze dzis nedza z zakupami, bo jest swieto, Dzien Niepodleglosci, Australia Day. Parady, koncerty, pikniki, i nie bedzie sklepow... I jeszcze maja dlugi wekend, bo zamiast soboty, ktora jest pracujaca, oddaja im poniedzialek, wiec sa trzy dni wolne (nie rozumiem tej logiki, nie pytajcie mnie, ale w sobote maja pozamykane i dlatego maja poniedzialek wolny. Tak mi tlumaczyli.)

Nie wiem czy uda mi sie kupic samrowidlo z drozdzy, vegemite, i nie wiem czy uda mi sie dorwac jakiegos opala. Sie okaze.

Temperatura jest okolo 30, a jest rano, bedzie gorzej. I jest wilgotno, wiec atmosfera gesta, prawie jak w Cairnsie, trudno oddychac, trudno chodzic, najmilej sie polozyc. Nic to, pojde nad ocean, powinno byc lepiej. W Cairnsie bylo. I w sumie dobrze zrobilam z tym Cairnsem - zaczelam mocnym akcentem, goracym, to teraz juz mi sydnejskie upaly nie straszne. Tu az tak wilgotno nie jest, tam bylo jeszcze gorzej.

A pisalam ze mokra podkoszulka nie chlodzi? Mokra podkoszula w takim klimacie grzeje. Bo nie bardzo schnie, bo jest wilgotno, wiec nie ma chlodzenia z parowania, natomiast w wilgotnym dobrze przewodzi temperature. Dobrze przewodzi goraca. He, he. Dlatego teraz w upaly wycieram sie recznikiem bardzo starannie, do sucha.

Wczoraj, jak jechalam pociegiem, pogadalam sobie z Australijczykiem Norwegiem, w Australii od 30 lat. Skypowal z bratem przedwczoraj. Popatrz - mowi, i przystawia kamerke do okna - jest tak goraco, 43 stopnie, ze nawet ptakom trudno oddychac. A brat na to - popatrz - i przystawia kamerke do okna - sniegu tyle, ze ju dawno tak nie bylo i bardzo zimno.

A co rozni Australie od mojej Polski i innych krajow Eruropy - tu sa duze roznice temperatur. Jednego dnia upal, 40 stopni, nastepnego dnia zimno i ponizej 20. Bardzo zmienne. Norweg mi zwrocil uwage, ale potwierdzam. Kaprysna ta pogoda i duze skoki.

Wieczorem zalapalam sie jeszcze na promy. Poplynelam w strone Paramty, czyli w glab ladu - ale rzeczka jak rzeczka. Wieksza radoche mialam z promu idacego w strone oceanu, bo bardziej buja. Zdjecia z promow beda, jak przejrze i pozrzucam. Mam zlota zasade: jak mam do wybory obrabiac zdjecia z Australii by wrzucic na bloga, czy isc zrobic jeszcze nastepne - to ide robic. Przejrzec moge pozniej,  zaraz po powrocie do Polski. Jakby mi siedl zapal w wieszaniu, to prosze sie upominac. Jesli tylko czytacie, a nic nie pisecie, to nie wiem czy chcecie wiecej. Jesli napiszecie "powies prosze promy" to bede wiedziala. A z tymi co Skypuje i co mi mowia ustnie "a zdjecia beda?" "a wrzucilas cos nowego?" "a ladne te gory, daj jeszcze" - to sie z nimi zobacze, wiec milczacych czytelnikow zachecam do odezwania sie.

I przy okazji - bardzo dziekuje za wsparcie pod odcinkiem "zalamalam sie", sprzed dwu dni (i za Skupowe wsparcie tez, dziekuje). To byl moj trzeci powazny kryzys w Australii. Na szczescie wszystkie kryzysy tutaj maja raczej charakter upierliwosci, a nie zagrozenia zycia, bowem zawsze mialam co jesc i gdzie spac i jest mi cieplo - wiec nie umre. A reszta - to czesc przygody. Czesc przygody. Bosz... ale jestem zmeczona ta przygoda. Czesc przygody? Owszem naogladalam sie jak nigdy w zyciu. Nalatalam samolotami, napaslam oczy. Ale mam ochote usiasc we wlanym pokoju, na wlasnym lozku. I zeby nikt ode mnie nic nie chcial. nie pouczal mnie, nie wysmiewal ze czegos nie wiem czy nie umiem wlaczyc (oczywiscie ze nie umiem! jestestem zza granicy! to naprawde takie dziwne i smieszne?). A nawet jak trafilam do domu gdzie z pokazywano mi z zyczliwoscia i sluzono rada w podroza, a nie drwina - bo na domy gdzie sie naprawde odpoczywa tez udalo mi sie trafic - to zebym wreszcie nie czula sie  zagubiona wchodzac do kuchni. Tyle tych kuchni tu widzialam, ze nawet w kuchniach polskich po takiej ilosci to musialabym sie przez chwile zastanowic, w ktorej szufladzie w danej kuchni sa noze do chleba. (Uwaga - w Australii noze zwykle sa nie w szufladzie, a na scianie) I z zebym choc przez tydzien nie musiala sie dostosowywac z radoscia do innych sposobow zycia niz moj. To naprawde czesc przygody - ale po pewnym czesie to tez po prostu duze zmeczenie.. Teraz to ja juz chce do domu, zeby wreszcze gdzies byc u siebie.
Ale nie bojcie sie, po miesiacu pewnie odpoczne na tyle by zaczac snuc plany na nastepny wyjazd.... A teraz marze o swoim lozku i zeby nakryc sie swoim kocykiem, wpatrujac z polprzyknietych powiek w futrzaty klebek mojego kota. Chce do domu. Jak to sie dobrze zbieglo z terminem wylotu.

czwartek, 24 stycznia 2013

Góry Błękitne. Znowu zimno. A do tego: Wąż. Jedzenie.


 Wróciłam w Błękitne. Kurza noga, znowu zimno!!! Przed chwilą były upały, w Sydney latałam w krótkich gaciach i zdychałam z gorąca, bo dobrze ponad 30, jak nie aż 40. Ale większość fali upałów przesiedziałam najpierw pod Kościuszką (śnieg na górze, 12 stopni w dolinie, a dookoła pożary, 38 stopni i zamknięte parki narodowe, oprócz tego właśnie co ma góry), po czym wylądowałam w Nowej Zelandii, gdzie jest sporo chłodniej, i był upał: 30 stopni. Znaczy dla miejscowych to było niespodziewane gorąco i 10 stopni więcej niż dotąd. Dla mnie odwrotnie, 10 stopni mniej niż zwykle - siedziałam se długich spodniach, a miły chłodny wietrzyk owiewał mi buzię. Nowozelandczycy ociekali potem. Tak, że upałów zaznałam tylko przejeżdżając przez Sydney pomiędzy wjazdami. Dwa dni w saunie....
I przyjechałam w Błękitne, ciesząc się że tu upału nie będzie, tylko miło i łagodnie ciepło. Dygu, dygu, gydu z zimna. Akurat przyszły deszcze. W Sydney było ciepło i wilgotno, tu siedzę w polarze. Gospodyni w polarze i pod kocem opowiada:
G - Ty wiesz jakie tu były upały? Zdechnąć można. 40 stopni! A tu rozgrzany dach, nie ma klimatyzacji, nie ma się gdzie schować, nie ma jak przed tym uciec. - A gada starannie opatulając się kocem z ciepłą herbatką w garści.
L - Wiesz, co? Co przyjadę, to opowiadacie mi o upałach. A tymczasem, popatrz na siebie - siedzisz okutana a koce, i ja też, a jak przyjechałam wiosną, to też siedziałaś tak ubrana, a ja w trzech polarach się przytulałam do grzejnika. I też opowiadaliście mi o strasznych upałach. Czy Wy mnie, aby, z tymi upałami w trąbę nie robicie?

Oczywiście robiłam sobie żarty. Po prostu ominęła mnie fala upałów, bo byłam w podróży. A szlaki dookoła mają kartki z zakazem wstępu do lasu (Dosłownie: Narodowy Park zamknięty do odwołania). Dobrze, że pada to jeszcze pochodzę po klifach, nie zdechnę z upału. Ino w mgłę i deszcz to widoki marne.

Wczoraj natknęłam się na takiego wężyka na ścieżce. Nazywa się podobno miedzianogłowy (cooperhead) i jest jadowity i niebezpieczny, ale podobno pożyteczny, bo podobno zjada inne węże. Ma podniesioną głowę bo jest zły, i chce gryźć. Rozdrażniłam go niechcący, bo usiłowałam wypłoszyć ze ścieżki. Nie zszedł, wróciłyśmy się i poszłyśmy inną dróżką.


A teraz mała scenka rodzajowa.

Byłam w gościach u australijskiej Kirgizki. Poznanej znacznie wcześniej nad jeziorkiem. Poczęstowała mnie obiadem i herbatą.
L - Bardzo dobra herbata - Pochwaliłam.
K- Tak, gorąca. Dobrze wypić gorącego po obiedzie.
L -Nie, nie. Znaczy, to prawda, że dobrze wypić coś gorącego po obiedzie, ale mi chodzi o to, że ona ma bardzo dobry smak.
K - A, tak, bo to nie jest australijska, tylko (i tu padła nawa jakiegoś azjatyckiego kraju), kupowana u Turka.
L - A, to dlatego taka dobra. No, tak...
K- No, tak... Australijska ma taki.... taki... odmienny smak...
L - "Odmienny"? - uśmiechnęłam się - ależ... Jesteś niezwykle uprzejma.

Saga to rarytas przy tym, co tu się pija. Przy czym jest to gorący kraj, więc dużo pija się wody czy soków. Na mnie patrzyli dziwnie jak chciałam herbaty w upały.

Z rzeczy paskudnych to jeszcze paskudny jest najpopularniejszy i najtańszy chleb tostowy (cena od 1 do 3 dolarów za paczkę). Są lepsze chleby, ale porządnego, ciężkiego, twardego, prawdziwe chleba to pojadłam na Nowej Zelandii. Też był to jakiś wynalazek z mąki ryżowej i bezglutenowy, czy jakiś taki. Nie wczytywałam się, by wyglądał jak staropolski, konsystencję i twardość miał jak staropolski, i smakował bardzo podobnie. W Australii najlepsze co jadałam było podbarwiane, trochę nadmuchane, albo biała mąka plus otręby. To, co udaje się kupić najlepsze jest gorsze od przeciętnego co mogę dostać w przęciętnym warszawskim sklepie nocnym, kiedy już jest przebrane pieczywo.
I nie da rady dostać kaszy. Jest ryż, makaron, albo ziemniaki. I koniec.
Natomiast jest dużo różnych warzyw, dużo owoców, dużo mięs, znakomity nabiał: śmietanę mają pyszną, normalną, gęstą, lekko żółtą i bez poprawiaczy, taką prawdziwą tłustą i dobrą. Dobre orzechy, dobre słodycze. I jak napisane że w środku są orzechy to naprawdę są, a nie jakieś dmuchane ryże. Stosunkowo mało jest chłamu (tu Nowa Zelandia ma gorzej). Natomiast pewną wadą przy podróży są duże opakowania (Na Nowej Zelandii też).  I przy zmianie miejsca pobytu jest kłopot z wożeniem żarcia i dużego plecaka. Trzeba włożyć trochę logistyki, a czasem pogodzić się z brakiem obiadu.
Aha, dla miłośników chińskich zupek: są. I to nawet dość tanie, ale nie pytajcie o szczegóły, je tego nie tylko nie jem, ale nawet nie wącham. Mówię o torebkowych szybkich, a nie o porządnym jedzeniu w knajpie - w knajpie chińska zupka jest pycha i jest to relatywnie tanie jedzenie knajpowe.






środa, 23 stycznia 2013

Załamałam się.

Załamałam się.
Podobno są ciepłe wody w Australii. Blisko. Ze 300 km od Sydneya. I dużo wód do samej granicy z Quinslandem. Dzikich. Bezpłatnych. Około 40 stopni - czyli moje ulubione.
Nie wiedziałam.
Nie zdążę zobaczyć.
Nie dojadę i nie mam dość czasu.
I nie mam dość siły. I nie mam samochodu. A znam Australię - transport publiczny nie starczy.
I trzeba mieć namiot.

Nie dam rady.

Nie popływam. A ja tak kocham ciepłe wody!!! Nawet do Nowej Zelandii pojechałam! Żeby je zobaczyć i w nich popływać.

Załamałam się.

A jeszcze dobija mnie to, że mnie kumpel, co mnie miał odwieść - to mnie wystawił. Mimo, że obiecał. Mimo, że od początku wiadomo kiedy jadę, i mimo że sam powiedział, żeby kupić bilet na wekend, to mnie odwiezie, mimo że w wekend są droższe, ale mnie odwiezie. I nie odwiezie. Mimo że samo sobie ustala grafik pracy. Iw efekcie kibluję z 30 kg bagażu w górach.
Jakoś się potrzebuję publicznym transportem dotelepać chyba, nie bardzo mam pomysł jak sobie poradzić inaczej. Najlepsze, co mogę zrobić to podzielić bagaż na dwa plecaki po kilkanaście kilo każdy. I nieść na zmianę. Po kawałku. Czy ktoś wie jak można zrobić lepiej? Najgorzej mi będzie przenieść plecaki z pociągu w Sydney do autobusu, bo nie mam pomocy. Tu w górach gospodyni mnie wsadzi do autobusu, pojedzie ze mną na stację kolei i wsadzi mnie do pociągu. Nosić nie może, ale może postać przy plecaku, to już dużo. Potem jak dojadę pociągiem, to mam problem, bo jestem sama, żeby przejść do autobusu, a potem to już mnie kumpel może odebrać  z przystanku. Rozumiecie: najpierw autobus, potem pociąg, potem autobus i nocleg. Mogłabym jechać od razu na lotnisko: autobus ten sam, potem pociąg ten sam, a potem pociąg lotniskowy - tylko będę umęczona i jedna skucha z połączeniami kładzie mi dojazd, a jechać dużo godzin przed to mi żal, bo będę zmęczona bez potrzeby. Dlatego zanocuję u kumpla w pobliżu lotniska. Kumpel nie chce wjażdżać do centrum.
Czy mają tu bagażowych? Albo wózki?

Myślałam o nadaniu części bagażu pocztą, ale dotarcie do urzędu pocztowego i przekopanie się przez informację będzie mnie kosztowało podobnie dużo wysiłku albo i więcej co dojazd z pełnym bagażem.

Żeby jeszcze jedna osoba mogła ze mną pojechać, tak jak w Warszawie, gdzie kumpel mnie odbierze i podygamy z dwoma plecakami do autobusu. Warszawa ogarnięta. Sydeny - jeszcze nie.

Dziś mam ochotę marudzić. Trochę za dużo na raz tych atrakcji. Jestem zmęczona i miałam nadzieję poganiać ostatnie dni po klifach w Błękitnych, a nie odprawiać tańce wokół plecaka. Jak ci czasem pomogą, to aż się nogami nakryjesz....

Czasem podróż jest trudna. To też część przygody. Becpackersi mają zdrowy dystans do wielu niedogodności podróżniczych i ja też.

Generalnie oba kłopoty mnie nie zabiją - jest dość ciepło, mam mniej więcej co jeść, a od biedy można żyć bez ciepłych źródeł, a z bagażu wyrzucić parę kilo ciuchów do śmieci. Tylko, że lubię moje ciuchy.... Tak. I obiecanych owocków nie kupować, ani prezentów.... Można. Tylko ja tak nie chcę. Chcę mieć prezenty oraz moje ulubione bluzki i goreteksy.

To ja już dziś się położę spać i będę myśleć jutro. Może jakiś książę na białym koniu zdecyduje się mnie przewieść samochodem. Żeby jednak mój bagaż przejechał. Zwłaszcza, że od kilku dni boli mnie kręgosłup i jadę na prochach - podźwigałam się właśnie. Książę, przybywaj.

NA dziś kończą mi się pomysły, dobranoc (u mnie jest pierwsza w nocy, w Polsce 15, dlatego dobranoc.)
A żeby się Wam dobrze czytało to wrzucam papużki, śliczne, ale głos mają jak skrzypiące drzwi starej szafy i to głośniej - można się przestraszyć. I kwiatki - nachyłki. Moje ukochane nachyłki, popularne w Polsce kwiatki ogrodowe, które tutaj zwiały z ogródków i masowo rosną na poboczach dróg, jak u nas mlecze. Uwielbiam te kwiatki. Zaczynały kwitnąć jak przyjechałam, teraz też jeszcze kwitną, tylko już troszkę słabiej, bo wiążą nasiona. Ale one kwitną całe lato.

Proszę trzymać kciuki za dojazd do samolotu.

PS.
(O kurcze, weszłam jeszcze raz do brzuszka bloga, żeby błąd ortograficzny poprawić - a tu co widzę? Już trzy osoby czytają? W 3 minuty po powieszeniu?! O, w mordę. Ale mam szybkich czytelników. Miło mi. Trzymajcie kciuki. Dobranoc.)









Klify i plaże w Sydney

Przeleciałam się 15 km po klifach w Sydney, jak już wróciłam z Nowej Zelandii. Akurat było deszczowo i nie było upału, więc jak dla mnie nieźle.

Dróżka średnio atrakcyjna, najfajniej jest zatrzymać się na cyplu i porozglądać samodzielnie, bo są najładniejsze. Poza cyplami dróżka idzie skrajem domów, i taka jest większość drogi, mało ciekawa, dlatego lepiej sobie upatrzyć spory cypel i go popenetrować. Skały mają fajną rzeźbę, często tworzą jakieś wzory, tu taka dobra skała jest, jakiś rodzaj piaskowca chyba, i wymywa go w dziurki. Jak na zdjęciu poniżej. Ale zwróćcie uwagę na górę klifu, jakie to ma nawisy podcięte....

Jak się chodzi po klifach, to nie należy podchodzić do krawędzi, bo się może oberwać. Po prostu. Z ludźmi. To się zdaża. Słabo zaludniony kraj i często można wleźć na coś niepewnego. Niemniej odrobina rozsądku pozawala sobaczyć mnóstwo piękna i pozostać bezpiecznym. 
To może te klify od dołu oglądać? A nu, nu. Od dołu na cyplach nie ma plaży tylko są skały i fale. Duże fale. Silne fale. Jak fala plaśnie, to może człowieka połamać o skałę albo i zabić. I nie ma żartów. Ludzie łowią ryby i stoją na skałach - i niestety, zdarza się że ktoś nie doceni niebezpieczeństwa i go zmiecie.  I znów - zdrowy rozsądek i dystans od morza, tak by iść po suchym - i piękne rzeczy można zobaczyć. Trzeba po prostu myśleć i być ostrożnym.

  Klify są śliczne i duże. Popatrzcie, na dwu poniższych zdjęciach są ludzie na górze klifu.


A teraz coś dla osób lubiących łodzie.
Na tym transportowcu to ładunek ma wysokość kilkupiętrowych budynków. To było wyższe od klifów!!!




Coś dla lubiących kwiatki:


I na specjalne życzenie czytelnika: ubrania i budynki (zrób zdjęcia ulicy i ludzi, żeby zobaczyć jak są ubrani, jak tam wygląda). Generalnie w Australii jest duży luz jeśli chodzi o ubranie i na wiele można sobie pozwolić. Ludzie łażą w klapkach czy na boso, nieformalnie, czasem z dziurą gdzieś, czasem podobno przychodzą do sklepu w szlafroku - ja nie nie natknęłam, ale znajoma tak.


czwartek, 10 stycznia 2013

Dach Australii. "Kozi" zdobyty.

Kozi to skrócona nazwa góry Kościuszki, najwyższej góry w Australii. Australijczycy mają problemy z wymową nazwiska, i z pisownią też, przyjęta jest bez ogonków.
-----
Wieczór przed przyjazdem do Thredbo (podnóże Kozjego) był najgorszy w mojej całej podróży.

Dojechałam ile mogłam autobusem. Zastopowało mnie około 100 km od góry. Żadnych publicznych ani prywatnych autobusów. Żadnych pociągów. Bywa autobus szkolny, ale tu są właśnie ferie letnie dla dzieci – i autobusu nie ma. Nic nie ma. Taksówkę se mogę wziąć. Za jakieś 300 dolarów (tysiąc złotych). Dziękuję, pójdę łapać coś na stopa.

Spędziłam upojny wieczór na stacji benzynowej pytając każdego o podwózkę, ludzie byli bardzo mili, ale… jechali do Canberry, czyli tam skąd wyruszyłam. I namawiali mnie do tego samego, bo…. Bo jest pożar i zamknęli wszystkie parki. O, Boże…

Tu się umiera w pożarze, i nie ma żartów. Tu się ewakuuje ludzi i nie zawsze zdąża….

Pożar? TERAZ? To jak ja wejdę na Kościuszkę? Niedługo lecę do Polski, lato się zaczyna, dalej będzie tylko gorzej z pożarami, kurcze. Zginąć nie chcę, ale wleźć chcę. Zadzwoniłam do Thredbo, do hostelu – tak, jest stan pogotowia, ale samo Thredbo nie ma zakazu wstępu i kolejka na górę Kościuszki chodzi. Można przyjachać. Tylko lepiej jutro rano, a nie teraz wieczorem, bo hostel czynny jest tylko do godziny 20. Poszłam do hotelu.

Hotel kosztował sporo, a wcale nie w takich znowu dobrych warunkach. W dodatku perspektywa zamknięcia parków nie była wesoła. Jakbym była zmotoryzowana, to bym nie jechała do Thredbo, tylko zwiała w stronę plaży, a wróciła później. Szanse na stopa malały. Wiedziałam o tym, i przeleciało mi przez głowę że będę kiblować w tej Coomie, jak stopa nie złapię, albo co gorsza, będę się ewakuować z racji pożaru i cała podróż okaże się bez sensu… Nie było co specjalnie myśleć – zrobiłam wszystko co mogłam, a najlepsze co jeszcze mogłam zrobić, to wyspać się i napierać na stopa od rana. I słuchać komunikatów ogniowych.
Nindża twarda jest.

Z rańca udałam się do biura informacji turystycznej. Sprawdziłam zagrożenie – podobnie, Thredbo czynne, a wszędzie dookoła parki zamknięte. Tylko kolejka na szczyt Kozjego nie chodzi, ale to z powodu silnego wiatru, a nie pożaru… Nie jest dobrze, ale nie jest najgorzej. Zaczęłam napraszać się ludziom. Trzecia para turystów jechała do Thredbo i zgodziła się mnie wziąć!!! Hura!!!

Kiedy weszłam do hostelu, do głównej sali jadalnej – uśmiech zatrzymał mi się dopiero na uszach. Pełna panorama prościutko na masyw Koziego. Mniam! I pierwszy raz korzystałam z hostelu w sieci YHA – faktycznie wyższy standard. Czysto. Nic nie pourywane, sprzętu w kuchni pod dostatkiem, i kubków i palników, i desek i talerzy. Karaluchów nie zauważyłam. Żadnych plam, grzyba, zacieków. Krzesła miały oparcia. Cicho, spokojnie, a ludzie turystyczni, sympatyczni, a nie chlający. Miód. I ta góra przed oknem!!! I z okna sypialni też góra!

Załapałam się też na kąpiel w jeziorku u podnóża. To dzięki miłym ludziom co mnie podwieźli. Skoro kolejka nie chodziła z powodu wiatru to postanowili objechać okolicę i spytali czy ja też chcę. No, jasne że chcę! Na nogach często się nie dojdzie we wszystkie okoliczne atrakcje. Woda w jeziorku, jak na polski standard – ciepła. Jak na australijski też niezła, w oceanie w Melbourne było zimniej.

Kozi
Kiedy startowałam następnego rana na Kozi kolejka na szczęście chodziła, bo wiatr się skończył. Tyle że jeśli o chodzi o temperaturę, to było… 2 stopnie. Dwa stopnie ciepła na górze. A kobitka w informacji powiedziała, że tam nie trzeba nic specjalnego, wystarczy sweter! Boże, co za głupota. Ja przywykłam chodzić po zimnym i miałam dobrze ubranie, ale ludzie tam jechali nieprzygotowani. Miałam dwa polary i kurtkę na sobie, i dodatkowe goreteksowe spodnie. I to było tak akurat do marszu… Te białe łatki na górach na zdjęciach to śnieg. Tubylców nie należy słuchać, bo oni przywykli do upałów i się na zimnych górach nie znają. Kangur mówił, że śniegu nie będzie, bo to lato. Ha, ha, ha. Ale on tu nie był. Inny Australijczyk, tym razem rdzenny, (znaczy trzecie pokolenie w Australii), tłumaczył mi że w górach nie należy za dużo pić wody, bo się robią obrzęki na skutek niższego ciśnienia, bosz… Uwaga, jeśli czyta to ktoś, kto nie chodzi po górach, to piszę wyraźnie: w górach należy pić więcej niż zwykle, bo się człowiek poci i traci wodę. Dobrze, że wiedziałam swoje i miałam oprócz kurteczki czapeczkę, rękawiczki i wełniany szaliczek. Przydały się.

Bilet na kolejkę kupuje się albo na jeden przejazd w jedną stronę albo na cały dzień – czyli jazda w górę i na dół oznacza że mam bilet wielokrotnego przejazdu na cały dzień. Rowerzyści na górskich rowerach faktycznie sobie używali. Cały dzień jeździli z góry na dół na tym bilecie. Sprytnie pomyślane – zimą narty, latem rower. I kasa leci.
Cóż… jak wróciłam to była jeszcze godzina – pojechałam sobie trzy razy w kółko na dół i do góry. A co! Tylko pozakładałam wszystkie polary i pozapinałam się dokładnie, bo wiało. I to zimnym.

Teraz jestem już z powrotem w Canberrze. Upał, jak zwykle, siedzę na dworcu w krótkich gaciach i koszulce na ramiączkach i marzę o prysznicu. Już niedługo.

  To z dużą łatką śniegu do Kozi, czyli góra Kościuszki.




To nie jest 40 kilometrów. Tam jest kropka między 4 i zerem. To jest 4 kilometry. Śliczne, prawda?