---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta Australii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta Australii. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2013

Góry Błękitne. Znowu zimno. A do tego: Wąż. Jedzenie.


 Wróciłam w Błękitne. Kurza noga, znowu zimno!!! Przed chwilą były upały, w Sydney latałam w krótkich gaciach i zdychałam z gorąca, bo dobrze ponad 30, jak nie aż 40. Ale większość fali upałów przesiedziałam najpierw pod Kościuszką (śnieg na górze, 12 stopni w dolinie, a dookoła pożary, 38 stopni i zamknięte parki narodowe, oprócz tego właśnie co ma góry), po czym wylądowałam w Nowej Zelandii, gdzie jest sporo chłodniej, i był upał: 30 stopni. Znaczy dla miejscowych to było niespodziewane gorąco i 10 stopni więcej niż dotąd. Dla mnie odwrotnie, 10 stopni mniej niż zwykle - siedziałam se długich spodniach, a miły chłodny wietrzyk owiewał mi buzię. Nowozelandczycy ociekali potem. Tak, że upałów zaznałam tylko przejeżdżając przez Sydney pomiędzy wjazdami. Dwa dni w saunie....
I przyjechałam w Błękitne, ciesząc się że tu upału nie będzie, tylko miło i łagodnie ciepło. Dygu, dygu, gydu z zimna. Akurat przyszły deszcze. W Sydney było ciepło i wilgotno, tu siedzę w polarze. Gospodyni w polarze i pod kocem opowiada:
G - Ty wiesz jakie tu były upały? Zdechnąć można. 40 stopni! A tu rozgrzany dach, nie ma klimatyzacji, nie ma się gdzie schować, nie ma jak przed tym uciec. - A gada starannie opatulając się kocem z ciepłą herbatką w garści.
L - Wiesz, co? Co przyjadę, to opowiadacie mi o upałach. A tymczasem, popatrz na siebie - siedzisz okutana a koce, i ja też, a jak przyjechałam wiosną, to też siedziałaś tak ubrana, a ja w trzech polarach się przytulałam do grzejnika. I też opowiadaliście mi o strasznych upałach. Czy Wy mnie, aby, z tymi upałami w trąbę nie robicie?

Oczywiście robiłam sobie żarty. Po prostu ominęła mnie fala upałów, bo byłam w podróży. A szlaki dookoła mają kartki z zakazem wstępu do lasu (Dosłownie: Narodowy Park zamknięty do odwołania). Dobrze, że pada to jeszcze pochodzę po klifach, nie zdechnę z upału. Ino w mgłę i deszcz to widoki marne.

Wczoraj natknęłam się na takiego wężyka na ścieżce. Nazywa się podobno miedzianogłowy (cooperhead) i jest jadowity i niebezpieczny, ale podobno pożyteczny, bo podobno zjada inne węże. Ma podniesioną głowę bo jest zły, i chce gryźć. Rozdrażniłam go niechcący, bo usiłowałam wypłoszyć ze ścieżki. Nie zszedł, wróciłyśmy się i poszłyśmy inną dróżką.


A teraz mała scenka rodzajowa.

Byłam w gościach u australijskiej Kirgizki. Poznanej znacznie wcześniej nad jeziorkiem. Poczęstowała mnie obiadem i herbatą.
L - Bardzo dobra herbata - Pochwaliłam.
K- Tak, gorąca. Dobrze wypić gorącego po obiedzie.
L -Nie, nie. Znaczy, to prawda, że dobrze wypić coś gorącego po obiedzie, ale mi chodzi o to, że ona ma bardzo dobry smak.
K - A, tak, bo to nie jest australijska, tylko (i tu padła nawa jakiegoś azjatyckiego kraju), kupowana u Turka.
L - A, to dlatego taka dobra. No, tak...
K- No, tak... Australijska ma taki.... taki... odmienny smak...
L - "Odmienny"? - uśmiechnęłam się - ależ... Jesteś niezwykle uprzejma.

Saga to rarytas przy tym, co tu się pija. Przy czym jest to gorący kraj, więc dużo pija się wody czy soków. Na mnie patrzyli dziwnie jak chciałam herbaty w upały.

Z rzeczy paskudnych to jeszcze paskudny jest najpopularniejszy i najtańszy chleb tostowy (cena od 1 do 3 dolarów za paczkę). Są lepsze chleby, ale porządnego, ciężkiego, twardego, prawdziwe chleba to pojadłam na Nowej Zelandii. Też był to jakiś wynalazek z mąki ryżowej i bezglutenowy, czy jakiś taki. Nie wczytywałam się, by wyglądał jak staropolski, konsystencję i twardość miał jak staropolski, i smakował bardzo podobnie. W Australii najlepsze co jadałam było podbarwiane, trochę nadmuchane, albo biała mąka plus otręby. To, co udaje się kupić najlepsze jest gorsze od przeciętnego co mogę dostać w przęciętnym warszawskim sklepie nocnym, kiedy już jest przebrane pieczywo.
I nie da rady dostać kaszy. Jest ryż, makaron, albo ziemniaki. I koniec.
Natomiast jest dużo różnych warzyw, dużo owoców, dużo mięs, znakomity nabiał: śmietanę mają pyszną, normalną, gęstą, lekko żółtą i bez poprawiaczy, taką prawdziwą tłustą i dobrą. Dobre orzechy, dobre słodycze. I jak napisane że w środku są orzechy to naprawdę są, a nie jakieś dmuchane ryże. Stosunkowo mało jest chłamu (tu Nowa Zelandia ma gorzej). Natomiast pewną wadą przy podróży są duże opakowania (Na Nowej Zelandii też).  I przy zmianie miejsca pobytu jest kłopot z wożeniem żarcia i dużego plecaka. Trzeba włożyć trochę logistyki, a czasem pogodzić się z brakiem obiadu.
Aha, dla miłośników chińskich zupek: są. I to nawet dość tanie, ale nie pytajcie o szczegóły, je tego nie tylko nie jem, ale nawet nie wącham. Mówię o torebkowych szybkich, a nie o porządnym jedzeniu w knajpie - w knajpie chińska zupka jest pycha i jest to relatywnie tanie jedzenie knajpowe.






niedziela, 6 stycznia 2013

Czarne łabędzie. Oraz POSUMY.


Naprawdę. Takie tu mają. Na zdjęciu widać trzy. A dzióbki mają takie czerwoniutkie, jak plastikowe. FAjne zwierzaki.

A dwa dni temu widziałam posumy. Wreszcie. I porobiłam im zdjęcia. Taka duża szara wiewióra, z białym brzuszkiem. Albo trochę jak szczur a trochę jak kot, bo szczupłe, włochate, na ogonie też, a ryjek szczupły i szpiczaty. Zobaczcie. Ten konkretny siedzi na drucie z prądem, jakimi tutaj typowo dostarcza się prąd od słupa do domu i jakich tu pełno. Są to autostrady dla posumów. Niezbyt bezpiecznie dla nich, ale często tak łążą. W naturze łażą po konarach.



 Na zakończenie: scenka rodzajowa (personalia i miejsca zmienione)

Jedzie sobie znajomy australijski polak samochodem po australijskim miasteczku. Jedzie powoli. A obok jedzie taksówka, i zwalnia, a kierowca mu się badawczo przygląda. Trwa to dłuższą chwilę, samochody jadą obok siebie, bardzo to podejrzane czemu ta taksówka tak dziwnie jedzie, i czemu ten facet tak się przygląda -  znajomy już się nieco zdenerwował. W końcu taksówkarz otwiera okienko i krzyczy:
- Hej, ty! Mieszkałeś na Żoliborzu?
Znajomego zatkało... Rzecz dzieje się w australijskim miasteczku, kilka lat po emigracji, a tamtego gościa z paszczy nie rozpoznawał.
- Mieszkałem!
- To podaj szybko numer telefonu!

I tak się rozpoczęła długoletnia miła znajomość obu panów :-) Znaczy zaczęła się parę lat wcześniej na Żoliborzu. Ale tam była powierzchowna, a tu się rozwinęła i to bardzo.
 Ileż to na świecie niespodzianek.

Koniec scenki rodzajowej.

Siedzę na lotnisku w MElbourne, jadę co Sydney, a zaraz rano jutro jadę połowę tego dystansu wstecz, do Canberry. Kilkaset kilometrów. Dlaczego tak prawą ręką do lewego ucha? Bo tak jest taniej w weekend. Generalnie to Sydney ma tanie połączenia wszędzie. Taniej mi z MElbourne do Sydney, niż do Canberry. Mimo że Canberra jest dużo bliżej. Canberra jest w połowie odległości do Sydney. Taniej mi przez Sydney. No co ja poradzę, że to tak jest?

Miło wspominam pobyt w Melbourne. Bardzo odpoczęłam, dużo zobaczyłam. Samemu i bez samochodu trudno się zwiedza Australię. Gospodarze mi dużo pomogli, pokazali, powozili, odkarmili, pogadali, poradzili.  Zdjęć mam mnóstwo, sporo już powiesiłam, jeszcze może trochę powieszę, a może już będę wieszać Canberrę i pobliskie Góry Śnieżne. Zobaczymy. Proszę trzymać kciuki za Kościuszkę, znaczy za jego górę. Jutro mam szansę dotrzeć do podnóża. Publicznego transportu z Canberry nie ma, ale porozglądam się za czymś prywatnym. Trzymajcie kciuki, bo pierwszy raz jadę w rejon, gdzie mi grozi autostop. Na szczęście to tylko 200 km i jest to chyba najbezpieczniejsza i najlepsza okolica do jeżdżenia stopem. Nie za gorąco, dobry klimat i nie umęczy mnie pragnienie, oraz nie za długo, mały dystans. I bardzo uczęszczany - w dużej mierze dzięki kolejce krzesełkowej na górę. (Poniżej 50 dolców, mam zamiar skorzystać) Trzymajcie kciuki, przyda mi się - bo nadal nie wiem jak dotrzeć z Canberry te 200 km w Śnieżne, pod Kościuszkę.

Siedzę na lotnisku. Czekam na otwarcie bramki, jadę tanią linią.... i .... nic. Powinna być otwarta 20 minut temu, lot za 6 minut teoretycznie. Bramka zamknięta na głucho, ludzie czekają, informacji zero, zapowiedzi zero, ani wyświetlacza, ani kartki. Słońce powoli zachodzi, to pewnie nici z moich zdjęć lotniczych.... Chm... Coś zapowiedzieli, ale nie zrozumiałam. Lekkie poruszenie na bramce, ale nadal drzwi zamknięte. Cóż... O! przeszli piloci. Znaczy może polecimy. Dobrze.

Teoretycznie lecimy od trzech minut....

Otworzyli bramkę. Słońce już zaszło....

Trzymajcie kciuki za Kościuszkę.


piątek, 4 stycznia 2013

dawny most kolejowy

Kiedyś tym mostem jeżdził pociąg. 

Wszystkie paprocie na zdjęciach to paprocie drzewiaste, ładne prawda? Pierwszy raz widziałam pijawkę górską. Tu jest ich dużo, ale mnie nie dopadły. Pijawka jak pijawka. Podobna do naszych. Lubi włazić po butach pod nogawkę, albo spadać z drzewa. Nie czuje się jej za zwyczaj. Ludzie pisali w necie że jak zwiedzali to mieli problem - ja pierwszy raz widziałam pijawkę na skarpetce Pharlapa (dla niewtajemniczonych: Pharlap to nick blogera, który był uprzejmy zaprosić mnie do siebie, skoro przyjechałam do Australii. Bardzo mi miło.) Szła na nas trójka, a pijawka była raptem jedna i mała. Mam szczęście - i że spotkałam i zobaczyłam, i że problemu nie było. 

Na zdjęciach las południowej Australii. Uwaga na kierunki - południowej czyli zimnej, tej blisko bieguna. Zimnej, czyli z szerokością geograficzną mniej więcej jak Włochy. Są sosny - a w Cairnsie blisko równika nie było. Ale są i drzewka cytrusowe i czasem palmy (i eukaliptusy). W Cairns były głównie palmy (i eukaliptusy).

Wodospady w Australii są rzadkością, ale tutaj były.

Mięśnie po koniu już mi trochę przeszły.... Ale mnie bolało, nawet plecy!







Po drodze nad rzeczką.

Jachty w Melbourne.

Panorama zatoki melbourn'owej. W Sydeny'u to jest dużo zatoczek, mniejszych i większych. W Melbournowie jest jedna wielgachna.

środa, 19 grudnia 2012

Tylko 42 stopnie. Smok miniaturowy. Kuranda. Skyrail.



---------Scenka rodzajowa jeszcze z Cainrs - Tylko  42 stopnie ---------

Niedawno podobno  w Sydney były upały. Prawie 40 stopni. Nie wiem, dawno tam nie byłam, siedziałam cały miesiąc w Cairnsie. Cairns jest około 3000 (trzy tysiące) kilometrów w stronę równika. Jak na Australię to już jest dość daleko, tak powiedzmy średnio, to duży kontynent (200 km jest uważane za rzut kapciem, 500 za „blisko”).

Dla wyjaśnienie: w Cairns są tropiki i cały czas człowiek jest jak w saunie. Wilgotnej i ciepłej. Chodzi w saunie, zwiedza w saunie, je w saunie i śpi w saunie (Klima pomaga tyko trochę). Zimna woda z kranu nie jest zimna. Dla uzupełnienia obrazu sytuacji mała rozmowa:

Wsiadam ci ja do samochodu jednego znajomego, co czasem mi daje podwózkę, a on mnie powitał słowami.
- Cześć Lila.
- Cześć
- No, wreszcie chłodniej dzisiaj. Tylko 42 czy 43 stopnie. Nie to, co wczoraj.

Zatkało mnie… Pojęcia nie mam, ile w Cairns jest stopni, nie patrzę na termometr, bo jak bym spojrzała to chyba bym się roztopiła, wiem o tym że gorąco i wolę nie wiedzieć jak bardzo. Ale faktycznie, miał gościu rację, tego dnia było nieco chłodniej….

------ koniec scenki rodzajowej z tropików ----------------

Zwierzęta Australii, takie jak koalę i wombata - to widziałam jedynie w zoo. Cóż. Będę zwiedzać dalej, może to się zmieni i zobaczę je na żywca. Na żywca, a nie tylko w zoo, to widziałam walabi, i krokodyle - powieszę w najbliższych dniach. Dziś miniaturowy smok. Zapomniała mi się nazwa.





Tu jest tak dużo nowych rzeczy, że aż trudno mi tyle obejrzeć, obfotografować i przemyśleć. Jak słusznie zauważył jeden z moich znajomych becpacekrsów - skoro ty tak lubisz rośliny i zwierzęta, to tutaj, gdzie wszystko jest tak inne niż w Europie - to chyba masz jak w raju? Ano... Mam.
Jak dziecko w fabryce cukierków. W Cairns wszystkie rośliny były inne, jedyne bardzo nieliczne znane to małe rośliny uprawiane u nas jako doniczkowe, tropikalne. Nie znałam ŻADNEGO drzewa. Ani osobiście, ani nawet z obrazka. Wyobrażacie sobie cukierki pod nogami i cukierki na ścianach i czekoladki na stołach i ciastka pod sufitem, tak że nie wiecie już co brać do ręki, a w brzuszku już więcej się nie mieści? No to tak miałam w tropikach jeśli chodzi o ilość nowych wrażeń.

Zwierzaki oglądałam przede wszystkim w zoo w Kurandzie - pobliska miejscowość, sławna z podniebnej kolejki (Skyrail), sklepów z wyrobami aborygenów, oraz właśnie zoo, gdzie można wziąć miśka na ręce i mieć zdjęcie. Pomysł głaskania zwierzaków podobał mi się średnio, bo to nie jest naturalne, ale pogadałam z opiekunami i one mają określone godziny pracy i to niewiele godzin, a walabi mają ogrodzenie, gdzie człowieki nie mają wstępu i walabi sobie mogą zwiać do tego azylu, jak mają dosyć.

Kuranda jest jakieś 45 km od Cairns. Można se kupić wycieczkę (ponad 100 dolców, czasem sporo ponad, zależnie od ilości atrakcji, plus narzut dla agencji). Ja sobie pojechałam autobusem publicznym. Zaletą jest cena: 6 dolarów, ale wadą jest to, że nie bardzo są widoki z szosy. Sam autobus wygląda normalnie, odmiennością jest obłędnie zimna klimatyzacja, bez możliwości regulacji, (rozmawiałam z keirowcą, że taka różnica temperatur to jednak przesada, ale on nic nie mógł poradzić ... podobno.). Kłopot z publicznym transportem jest taki, że jest go mało i jest marny, więc często trudno mi znaleźć przystanek na ulicy, albo nie bardzo mam kogo dopytać, bo ludzie tym nie jeżdżą i nie wiedzą, albo wiedzą stary rozkład. Trochę mi zajęło znalezienie przystanku. Rozkład wygląda jak na zdjęciu poniżej.

A wróciłam Skyrailem, żeby coś zobaczyć. W jedną stronę kosztowało tylko 45 dolców, myślę że warto, bo tu góry zarośnięte jak Beskid Niski, i nic nie widać, no i nadal mają te cechy płaskowyżu a niż gór - na wierzchu są płaskie, jak pole, a do tego zarośnięte, nic, nic, nic nie widać. U nas w dolinach widać. Nawet w Górach Stołowych widać, chociaż kto był na Szczelińcu, na tym wypłaszczeniu pod szczytem, zanim jeszcze się zaczną ostańce,  tam gdzie krowy się pasą i jest trochę domów i uliczka ze straganami, jak lokalne Krupówki - to będzie miał przybliżony obraz tego co to. Tylko wypłaszczenie większe, sklepów więcej, zrośnięte wyżej i mocniej, i ostańców nie ma, a są klify, tylko do nich trzeba dojechać. Dlatego wzięłam kolejkę. Chciałam coś zobaczyć.



 Jak widać - warto było.


Ten dym na zdjęciu powyżej to nic innego jak pożar buszu. Tak. Pożar.
A poniżej jeszcze jedno zdjęcie z widoczkiem. Na jutro szykuję pełną kolekcję zdjęć z kolejki. Będzie to bardzo fotograficzny wpis. Potem zwierzaki, krokodyle, i walabi, potem owoce tropikalne i jeszcze przed świętami wrzucę świąteczne drzewko - proszę chwilę pomyśleć: świąteczne drzewko w otoczeniu palm, przy basenie, i Lila w bikini. Dobre? Dobre. :-). Lubię Australię. Na razie widoczek z kolejki.




wtorek, 18 grudnia 2012

Wombat

Znów w Górach Błękitnych. Cicho, spokojnie, i pachną ekaliptusy. Będę dobrze wypoczywać. Zmęczona jestem. Mam dużo zdjęć i będę sukcesywnie wieszać. Na początek - wombat. Taki miejscowy zwierzak.




piątek, 14 grudnia 2012

miś koala


Wielkości większej nieco od tłustego kota. Kształt właśnie koci, a nie psi, bo najgrubszy misio jest w dupci, ciało ma ten charakterystyczny kształt kropli, jak grube koty.

Sierść wygląda gładko, ale wcale nie jest gładka, jest szorstka, jak wełna.

Misio był w zoo. Jak się idzie do lasu deszczowego to jest zielono, ciemno i zarośnięte, i jeśli chodzi o zwierzęta, to ja nie widziałam. Kwiatów też nie ma. Ja osobiście lasu deszczowego nie lubię, właśnie dlatego że taki pusty, i wyłącznie zielony, duszny i ciemny. Znacznie fajniejszy był kwitnący busz w Górach Błękitnych. Wracam tam już we wtorek.

Misie w zoo pracują. Na zmiany. Pytałam o to czy nie są zmęczone, ale mają dużo wolnego i patrzyłam jak opiekunka bierze misia - on się do niej garnął. Miśki generalnie przez większość dnia śpią i zwieszają się z gałęzi w pozach ciężko uzależnionych narkomanów, ale na głos opiekunki misiek się ożywił i wyciągnął do niej łapki. Słodkie. A potem ona drapała go po brzuszku, a on się podstawiał i miał z tego wyraźną radochę. Jak kocio. Tak, że nie ma czegoś takiego jak się obawiałam, że te zwierzaki są znudzone i zmęczone miętoszeniem przez ludzi. W każdym razie w zoo w Kurnadzie tak jest (koło Cairns).


Na zakończenie - w ramach scenki rodzajowej - zobaczcie zdjęcie z Melbourne, na blogu Pharlapa (kliknij tutaj) - jak to trzeba być ostrożnym w językach obcych.... Prześliczne zdjęcie :-).










piątek, 23 listopada 2012

TU WSZYSTKO STOI NA GŁOWIE - ORION



Tu wszystko stoi na głowie


Znacie taki gwiazdozbiór co go można zobaczyć na zimowym niebie, a nazywa się Orion? Wielki wojownik. Ma nogi, ręce, pas i miecz. Głowę – jak to wojownik – ma malutką, reszta gwiazd jest lepiej widoczna – najwyraźniej facet jest dobrze umięśniony.

Tutaj Orion też jest widoczny. Tak, słusznie się domyślacie – ale mnie zatkało jak zobaczyłam. Gdzie ten gościu ma miecz?! Dopiero jak chwilę pomyślałam – to było oczywiste – tu nawet gwiazdy są do góry nogami.

Proszę bardzo, zdjęcie z horyzontem – żebyście mi nie mówili, że przekręciłam komputerowo. Specjalnie jest kawałek plaży ze światłami dla promów. A poniżej zaznaczyłam gwiazdy dla osób gorzej czytających niebo.





Spotkałam też grupę polaków w Kurandzie (górska miejscowość z kolejką widokową, garścią sklepów i zasłaniającym wszystko nieprzyjemnym lasem deszczowym).

Szli z przewodnikiem polskim.
Pogadałam chwilę
Przewodnik popytał o zaćmienie, o tłumy, opowiedziałam o cenach biletów lotniczych teraz. Po czym powiedział do grupy – widzicie państwo, to dlatego były te wszystkie dopłaty co mieliście, bo zaćmienie było. Słyszycie – było mnóstwo ludzi.

I tu opadła mi kopara.
No, ja to bym takiego idiotę to chyba za… powiedzmy…. uszy - powiesiła.
Ci biedni ludzie przyjechali 16, dwa dni po zaćmieniu, płacąc dopłaty za zaćmienie którego nie widzieli!?!?! Skąd ten gościu się urawał?! Nie WIEDZIAŁ? To czym on się na co dzień zajmuje?!?! Nie turystką?!?! No idiota!

Zmilczałam. Nie mój biznes. Jakoś nie lubię wycieczek (niezbyt dobrze) zorganizowanych…

Spotkałam też grupą 4 rowerzystów którzy chcą objechać Australię dookoła. Już są tu miesiąc. Z Polski ludzie. Minęliśmy się w Kurandzie na wyciecze, odszukałam ich na stronie (mają oficjalnę stronę i sponsowrów), ale obawiam się że się miniemy w Cairns. Nie szkodzi. Jak nawiążę kontakt przez stronę to może nie miniemy się w Sydney.
Jeden z nich, najmłodszy ma raka – o czym dowiedziałam się ze strony – i nie bardzo może chodzić, ale może jeździć na rowerze. Ma też trochę komplikacji zdrowotnych, ale to prowodyr wyprawy. Jeszcze jedzie ojciec, oraz rehabilitantka, oraz jeszcze ktoś czwarty, ale nie doczytałam kto, bo tylko przerysowałam mapkę Cairns i pobiegłam ich szukać.
JA i tak bym sobie z nimi pogadała, nawet jakby byli zupełnie zdrowi.
Nie znalazłam ich w mieście, może postawili krzyżyk na mapie tak orientacyjnie, bo tam nie było hostelu ani parku tylko zwykle mieszkalne domy. Zobaczymy. Zapamiętali mnie bo spotkali niewielu Polaków – a ja z kolei zagadnęłam krótko bo miałam zaraz OSTATNI autobus powrotny z Kurandy co Cairns. NA pytanie gdzie będą spać powiedzieli – nie wiemy, ale mamy namioty. J To lubię.
Napiszę do nich, zobaczymy. Co ma wisieć, nie utonie.

środa, 31 października 2012

pająk

(W poprzednim wpisie o paproci drzewiastej i kaczuszkach dołożyłam zdjęcie naszej kaczki, bo mi dużo ludzi mówiło "ależ to normalne krzyżówki". Australijskie kaczki to nie są normalne krzyżówki, popatrzcie na łepek.)
  ------------
A teraz scenka rodzajowa - to będzie taki humor australijski. Podobny trochę do angielskiego, tylko że nieco inny.

Zakładam rękawiczki ogrodnicze, bo chcę się zabrać za koszenie trawy. Wypadł z nich pająk. Wołam gospodynię:
- Kangurko! Kangurko! A ten pająk  to jadowity?
- Pokaż! O, tak, Liliana, bardzo niebezpieczny, zabij go. Zabij! Czekaj, nie ruszaj się.
PLASK!

I tak zakończyło się moje pierwsze spotkanie z jadowitym pająkiem. Przy domu.
A zdążyłam już odbyć z pięć spacerów po buszu, i nic nie było. Storczyki, banksje, eukaliptusy, papugi i sroki. No i trochę much. I rosiczki dziś znalazłam. I nawet na ziemi siadałam. Nic. Z rękawiczek wylazł. Czego to pająki nie wymyślą.

Zdjęć pająka nie będzie.Byłam zajęta uciekaniem.

wtorek, 30 października 2012

GOŁĄBEK czy PAPUŻKA

Wyglądają jak gołąbki, prawda? Trochę zaskakuje czerwona szyjka u lewego. A na zdjęciu poniżej papużka w całej krasie.

I one sobie tu tak żyją i łażą po asfalcie, jak nasze około-domowe ptaki.
Będzie jeszcze o makpejach czyli srokach (trochę innych niż nasze, fajnie śpiewają), i takich czerwonych papugach, bo tych trzech gatunków ptaków jest tu na tyle dużo, że udało mi się już zrobić im zdjęcia. Gołąbków nie widziałam, chyba nie ma.

Paproć drzewiasta i kaczusie

 To duże białe i płaskie, co opisywałam w poprzednim wpisie, to jezioro. Wyschnięte i pokryte solą. Sprawdziłam.

Na zdjęciu australijska specjalność: paproć drzewiasta. A poniżej kaczki, ale to nie są kaczki krzyżówki, tylko kaczki jakieś-tam, chyba środkowoeuropejskie czy jakieś takie. Zobaczcie że mają inne ubarwienie głowy.

Jako, że mi Polacy często mówią mi: no przecież to zwykła kaczka, to postanowiłam Wam wkleić zwykłą kaczkę krzyżówkę. Proszę poniżej, oto ona, nasza kaczka, polska, warszawska, sfotografowana przeze mnie na jakiś tydzień przed wyjazdem do Australii, na spacerze nad Wisłą,  na Pradze, koło mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Popatrzcie na główkę polską i australijską. To nie jest kwestia koloru czy odcienia, australijska kaczka ma kompletnie inny wzorek.(chociaż dupcia bardzo podobna).

A poniżej znak drogowy, który mnie wzruszył. Kraj który dba o kaczki to kraj który mogę pokochać. (Tu jest park narodowy nad tym jeziorem, więc może nie jest aż tak różowo jak myślę).