---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 20 stycznia 2013

Goraco dzisiaj, nie?

- Goraco dzisiaj, nie? - powiedzial kierowca turysycznego autobusu, wachlujac sie reka i ociekajac potem, dodatkowo uchylil drzwi w czasie jazdy, zeby przewietrzyc.

Coz.... On sie pocil a ja siedzialam w dlugich spodniach i z polarem narzuconym na plecki. Bylo jakies 25 stopni. Moze ze 28. Tylko ze ja dwa dni wczesniej przyjachalam z Sydeny, gdzie bylo 38.... Mi bylo - no, nie zimno, ale tak wlasnie przyjemnie akurat. A dziewczyna co przyjechala z przyrownikowej czesci Australii to chodzila w swetrach i bylo jej zimno. He he. A Nowozelandczycy skarzyli sie na upal i ociekali potem.















sobota, 19 stycznia 2013

Jak zrobić turystę w trąbę.



Pytanie do radia Erewań
- kochane radio, czy to prawda że gejzer książęcy w Nowej Zelandii wystrzela raz dziennie, codziennie, dokładnie o 10.15?
(Gejzer książęcy to wielka lokalna atrakcja, pojechałam na wycieczkę do niego, słono za to płacąc).

- Oczywiście. A dokładniej to o 10.15 zaczyna się prelekcja pana z obsługi, który przychodzi na nią z małym, WORECZKIEM w ręku, wypełnionym nie wiadomo czym. Około 10.20 pan wsypuje zawartość woreczka do gejzera, a kilkadziesiąt sekund później gejzer zaczyna się pienić, strzelać, latać coraz wyżej, aż wreszcie słup wody z gejzera osiąga naprawdę imponującą wysokość. Tak, że wybuch gejzera jest gwarantowany. Jakby jakaś duża wycieczka miała się spóźnić, to zawsze pan z obsługi może prelekcję troszeczkę przeciągnąć, ale wybuch będzie na pewno.

Tak, nie zmyślam, widziałam na własne oczy – publicznie i otwarcie nasypał z woreczka.

Taka wielka lokalna atrakcja, bo codziennie wystrzela! Ręce mi opadły.


Żenujące.


Dobrze że wycieczka była połączona ze zwiedzaniem Wai-O-Tapu, czyli parku ze zjawiskami termalnymi: gejzery wodne i błotne, jeziorka z wrzącą i z ciepłą wodą, porośnięte kolorowymi glonami, i ciepła rzeczka. Tu już bawiłam się świetnie. Ale gejzer… Bosz…. No, litości…

Zdjecia:

jezioro cieple, z glonami o slicznej pomaranczowej barwie


goracy strumy (patrz: para woda)

 Jezioro Rotorua (ta sama nazwa co miasteczo i co port lotniczy, miedzynarodowy mimo ze malutki)

Rzeka w Taupo, niedaleko od Rotorua.. To biale to nie wapien. Te skaly to pumeks. Wulkaniczny. Powaznie.

Cieple jeziorko w parku termalnym w Rotorua. Widac mgle nad woda. 

Okradana lodówka.


Pierwszy raz zdarzyła mi się kradzież w becpackersie. Zniknęło moje żarcie z lodówki. Wyjechałam na dwa dni, na wycieczkę i cieszyłam się że na kolejne dwa, ostatnie przed wylotem nic już nie potrzebuję kupować, gotować, organizować, chodzić, dbać – tylko mam zrobione. Spokojniutko przyjeżdżam wieczorem, o nic się nie martwąc, idę do lodówki jak u siebie – a tu…. Nic. Pusto.

Zanim się zdenerwowałam, poszłam do pana z baru. To jedyna osoba z obsługi dostępna wieczorem, bo recepcja już zamknięta, strażnika żadnego nie ma, tylko pan z baru. Bardzo miły pan – jak wszyscy spotkani przeze mnie Nowozelandczycy.

- Zniknęło moje jedzenie z lodówki, nie wie pan czy może ktoś nie sprzątał lodówek?
- Jak to, zniknęło?
- No nie było mnie dwa dni, bo byłam na wycieczce, ale zostawiłam podpisanę torbę w lodówce i teraz jej nie ma. Całej torby. Nie to, że ktoś coś wyjął ze środka, tylko wszystko znikęło. Może ci, którzy sprzątają robili porządki i wyrzucili?
- Nie. – Pan pokręcił głową – Jak sprzątają, to nie dotykają lodówek.
- Czyli jak go nie ma, to znaczy, że ktoś je ukradł?
I tu pan pokiwał głową.
Potem ja pokiwałam głową smętnie i westchnęło mi się. Byłam po całym dniu zwiedzania i przejeździe z drugiego miasta, bez jedzenia, bo jedzenie  przecież miało mnie czekać….  (i to smaczne, bo dobre kupilam, wcale nie tanie). Bylam zmęczona, by isc na zakupy, bylo za pozno, ja z drogi, jutro rano wstaje na wykupiona za duze pieniadze wycieczke, sniadania nie zdaze skombinowac, bo do miasta do centrum daleko. No i kolejna kasa, i koleny raz duze opakowania, bo malych porcji tu nie maja. Załamka. No, załamka. Chrzanie ta Nowa Zelandie, chrzanie becpackersow cholernych, ten hostel tez chcranie, i wycieczki, turystyke, mam dosc.

Facet przy barze przyjrzal mi sie.
- Pewnie glodna jestes?
Westchelam i pokiwalam niesmialo glowa.
- Cos ci zrobie. - szepnal. Zamyslil sie...
- Chcesz steka, czy wolisz .. (i tu padlo slowo w nowozelandzikim, ktorego nie zrozumialam, ale nie szkodzi. Chcialam steka. Bardzo chcialam steka. Nawet jakby sie okazalo ze mam za niego zaplacic a jedyna uprzejmosc polega na otwarciu kuchni po nocy. Ale nie okazalo sie. Facet zrobil mi wspaniala kolacje za darmo, na pocieszenie)
- Ok. Lubisz lekko czy mocno wysmazony?
A za chwile:
- a grzyby lubisz?
Dobrze smakowal z grzybami. Facet zmienil moj nastroj tego wieczora. Juz nie mialam tak zlego zdania o hostelu. Z pelnym brzuchem to brak sniadania tez nie jest taki straszny. A Nowozelandczykow po prostu lubie. To jedna z wielu uprzejmosci, ktora mnie spotkala i chyba najwieksza. Jak powiedzial o nich jeden moj kumpel - oni sie po prostu ciesza zyciem. O, tak. Lubie ich spokojny radosny styl zycia. Ja tez sie dziele maslem i pasta do zebow, i jesli wykupie calodniowy dostep do netu to tez sie tym dziele. Lubie to podejscie.

Na zdjeciach troszku przyrody.







poniedziałek, 14 stycznia 2013

nowa zelandia

Dolecialam

Na miejscu byl surrealizm totalny:

Pani z lotniska, - ktora byla bardzo mila i dala mi darmowa podwozke do centrum miasteczka, - powiedziala mi ze w Rotorua nie ma cieplych zodel, ani gorocej wody naturalnej. A to przeciez byla tubylczyni. No dobra, moze tubylec nie chodzi u siebie po okolicy i nie wie. Wysiadlam przed centrum turystycznym. Pytam o to samo.

- Macie tu cieple wody w Rotorua?
- Nie.
- Gorace zrodla?
- Nie
- O jej. A moze sa jakies cieple wody w poblizu, nie w samym miasteczku
- A czy pani ma samochod?
- Nie, licze na transport publiczny
- Nie ma.

I tu mnie troszku przytkalo.  Gosciu  bredzi, bo akurat o autobusach wiedzialam. Widac on jest tylko od sprzedawnia wycieczek. A nie od informacji . Poprosilam jeszcze o mape miasteczka.

- Nie ma. Normalnie mamy, ale wszystkie wyszly.

Mapki wyszly? Acha... Ale nindza twarda jest.

- A w ktora strone do sklepu spozywczego?
- aa... - i tu nagle znalazla sie mapa, tyle ze centrum. (kretyn) Co mi wystarzylo nadto.
- A moze mi pan przechowac plecak, zebym z tym ciezarem nie chodzila?
- Dobrze - zgodzil sie pan  A ja uzbrojona w mapke wyszlam na miasto.

Przeszlam sobie maly pagorek, ze szpitalem na czubku, i slicznym widokiem na jezioro z brzega. Zaczelam schodzic, szlam gora 20 minut. - i coz widza moje piekne oczy po drugiej stronie? Kompleks jeziorek z unoszaca sie malowniczo para, tanczoca w powiewach wiatru. , i przypieczna roslinnoscia na brzegach. Taki obraz jak widzialam na zdjeciach w internecie.

Milutko...

Tylko czemu oni mi powiedzieli ze tego tu nie ma?!

Kobitka z hostelu podpowiedziala, ze moze dlatego, ze tutaj sie to nazywa pola blotne. Trudno mi uwierzyc ale moze.. Blota tam nie za wiele, raczej wlasnie woda i oczka wodne z gotujacym sie przezroczytym, i poogradzane plotkami, zeby nikt nie wlecial. Naokolo plotka przciete, wewnatrz plotka kszole, ale czasem jest cos w rodzaju molo i mozna wyjrzec a czasem jeset dziura w kszakac.h

Natomiast - teraz lyzka dziegciu - jakies male toto wszystko, nie przystosowane do poplywania, a az sie prosi - generalnie ladnie sie fotografuje, ale mnie roczarowalo. Myslalam ze bedzie wieksze i z wieksza iloscia otwartej czystej i cieplej wody do plywnia  Przeciez wystarczyloby przejechac koparka i poszezyc jedno oczko... Az sie prosi.

Ale i tak tu ladnie. Bardziej przypomina Polske, zielono, nie az tak obco, jak w Austrlii. Spodobalo mi sie.

Powrot do Australii w piatek, prosze trzymac kciuki.
j
A zdjecia beda, jak zrzuce z aparata, nie wiem kiedy, bo mam male peryetie z ladowarka do baterii.  Jakies fatum mi siedzi na bateriach, czy co? To juz kolejny raz na tym wyjezdzie. Ale nic to, mam typowe paluszki, moze po prostu kupie, mam nadzieje ze maja tu normalne europejskie baterie.





piątek, 11 stycznia 2013

Witaj Nowa Zelandio

Na goraco. Pisze z lotniska w Sydney. Lece na wycieczka do New Zeland.

Wstalam o 5 zeby dotrzec na lotnisko na lot o 9.30
Autobus mialam o 5.50 rano, z przesiadka. Na lotnsku bylam kolo 6.30-7.00. To jest odprawa miedzynarodowa. TEraz siedze pod bramka, na szczescie maja tu jakis darmowy net. Bramke otwieraja za 15 minut. Ciagle dosc czasu by napisac cos tutaj.

Jestem zmeczona i slabo przygotowana do Nowej Zelandii. Do powrotu do Polski zostalo 2 tygodnie, wiec przyspieszam to co chce zwiedzic, by zdarzyc i w efekcie robie to czego nie lubie - czyli sie spiesze. Dlatego jestem zmeczona i dlatego jestem slabo przygotowana. Ale nie ma tego zlego - jesli jestem dosc krotko na tych wyprawach to nie wydaje az tyle kasy. Drogo tu. Bez znajomych co pomagaja, daja sie przespac, czy podwioza - to bym sobie nie mogla pozwolic na 3 miesiace tutaj. Mimo zmeczenia - to jednak wielka przygoda. Tylko w zadnym wypadku nie jest to odpoczynek. Ale przygoda wielka.

Zawsze chcialam zobaczyc cieple zrodla na Nowej Zelandii. Lece wlasnie do Rotorua. Mam nadzieje ze na miejscu powiedza mi detale czym dojechac. Podobno maja publiczny transport do cieplych zrodel jak mi zeznala jedna Nowozelandka. Mam 5 dni. I mam nadzieje ze maja dobra informacje turystyczna, podobnie jak w Australii. Sadzac z ilosci hosteli - powinni miec :-) Wyglada ze to turystyczne miasto.

Mialam troche nerwow na dojezdzie do lotniska. Rano autobusy chodza marnie. Rozklad sprawdzal kumpel i robil to na szybko, rzucajac mi godziny polaczenia przez ramie, ale ja nie czytalam ekranu, nie nadazalam za nim na tej publicznej stronie. No i troszke mi podnioslo cisnienie jak na przystanku nie bylo na rozkladzie ani tego numeru, ani tej godziny...
Ale przyjechal. O 5.50 to nawet nie bardzo jest kogo spytac. A rosklady maja tu nieczytelne, alebo jeszcze potrzebuje sie nauczyc jak je czytac, bo 15 minut lektury mi nie wystarcza.

Ide na bramke, trzymajcie kciuki


czwartek, 10 stycznia 2013

Dach Australii. "Kozi" zdobyty.

Kozi to skrócona nazwa góry Kościuszki, najwyższej góry w Australii. Australijczycy mają problemy z wymową nazwiska, i z pisownią też, przyjęta jest bez ogonków.
-----
Wieczór przed przyjazdem do Thredbo (podnóże Kozjego) był najgorszy w mojej całej podróży.

Dojechałam ile mogłam autobusem. Zastopowało mnie około 100 km od góry. Żadnych publicznych ani prywatnych autobusów. Żadnych pociągów. Bywa autobus szkolny, ale tu są właśnie ferie letnie dla dzieci – i autobusu nie ma. Nic nie ma. Taksówkę se mogę wziąć. Za jakieś 300 dolarów (tysiąc złotych). Dziękuję, pójdę łapać coś na stopa.

Spędziłam upojny wieczór na stacji benzynowej pytając każdego o podwózkę, ludzie byli bardzo mili, ale… jechali do Canberry, czyli tam skąd wyruszyłam. I namawiali mnie do tego samego, bo…. Bo jest pożar i zamknęli wszystkie parki. O, Boże…

Tu się umiera w pożarze, i nie ma żartów. Tu się ewakuuje ludzi i nie zawsze zdąża….

Pożar? TERAZ? To jak ja wejdę na Kościuszkę? Niedługo lecę do Polski, lato się zaczyna, dalej będzie tylko gorzej z pożarami, kurcze. Zginąć nie chcę, ale wleźć chcę. Zadzwoniłam do Thredbo, do hostelu – tak, jest stan pogotowia, ale samo Thredbo nie ma zakazu wstępu i kolejka na górę Kościuszki chodzi. Można przyjachać. Tylko lepiej jutro rano, a nie teraz wieczorem, bo hostel czynny jest tylko do godziny 20. Poszłam do hotelu.

Hotel kosztował sporo, a wcale nie w takich znowu dobrych warunkach. W dodatku perspektywa zamknięcia parków nie była wesoła. Jakbym była zmotoryzowana, to bym nie jechała do Thredbo, tylko zwiała w stronę plaży, a wróciła później. Szanse na stopa malały. Wiedziałam o tym, i przeleciało mi przez głowę że będę kiblować w tej Coomie, jak stopa nie złapię, albo co gorsza, będę się ewakuować z racji pożaru i cała podróż okaże się bez sensu… Nie było co specjalnie myśleć – zrobiłam wszystko co mogłam, a najlepsze co jeszcze mogłam zrobić, to wyspać się i napierać na stopa od rana. I słuchać komunikatów ogniowych.
Nindża twarda jest.

Z rańca udałam się do biura informacji turystycznej. Sprawdziłam zagrożenie – podobnie, Thredbo czynne, a wszędzie dookoła parki zamknięte. Tylko kolejka na szczyt Kozjego nie chodzi, ale to z powodu silnego wiatru, a nie pożaru… Nie jest dobrze, ale nie jest najgorzej. Zaczęłam napraszać się ludziom. Trzecia para turystów jechała do Thredbo i zgodziła się mnie wziąć!!! Hura!!!

Kiedy weszłam do hostelu, do głównej sali jadalnej – uśmiech zatrzymał mi się dopiero na uszach. Pełna panorama prościutko na masyw Koziego. Mniam! I pierwszy raz korzystałam z hostelu w sieci YHA – faktycznie wyższy standard. Czysto. Nic nie pourywane, sprzętu w kuchni pod dostatkiem, i kubków i palników, i desek i talerzy. Karaluchów nie zauważyłam. Żadnych plam, grzyba, zacieków. Krzesła miały oparcia. Cicho, spokojnie, a ludzie turystyczni, sympatyczni, a nie chlający. Miód. I ta góra przed oknem!!! I z okna sypialni też góra!

Załapałam się też na kąpiel w jeziorku u podnóża. To dzięki miłym ludziom co mnie podwieźli. Skoro kolejka nie chodziła z powodu wiatru to postanowili objechać okolicę i spytali czy ja też chcę. No, jasne że chcę! Na nogach często się nie dojdzie we wszystkie okoliczne atrakcje. Woda w jeziorku, jak na polski standard – ciepła. Jak na australijski też niezła, w oceanie w Melbourne było zimniej.

Kozi
Kiedy startowałam następnego rana na Kozi kolejka na szczęście chodziła, bo wiatr się skończył. Tyle że jeśli o chodzi o temperaturę, to było… 2 stopnie. Dwa stopnie ciepła na górze. A kobitka w informacji powiedziała, że tam nie trzeba nic specjalnego, wystarczy sweter! Boże, co za głupota. Ja przywykłam chodzić po zimnym i miałam dobrze ubranie, ale ludzie tam jechali nieprzygotowani. Miałam dwa polary i kurtkę na sobie, i dodatkowe goreteksowe spodnie. I to było tak akurat do marszu… Te białe łatki na górach na zdjęciach to śnieg. Tubylców nie należy słuchać, bo oni przywykli do upałów i się na zimnych górach nie znają. Kangur mówił, że śniegu nie będzie, bo to lato. Ha, ha, ha. Ale on tu nie był. Inny Australijczyk, tym razem rdzenny, (znaczy trzecie pokolenie w Australii), tłumaczył mi że w górach nie należy za dużo pić wody, bo się robią obrzęki na skutek niższego ciśnienia, bosz… Uwaga, jeśli czyta to ktoś, kto nie chodzi po górach, to piszę wyraźnie: w górach należy pić więcej niż zwykle, bo się człowiek poci i traci wodę. Dobrze, że wiedziałam swoje i miałam oprócz kurteczki czapeczkę, rękawiczki i wełniany szaliczek. Przydały się.

Bilet na kolejkę kupuje się albo na jeden przejazd w jedną stronę albo na cały dzień – czyli jazda w górę i na dół oznacza że mam bilet wielokrotnego przejazdu na cały dzień. Rowerzyści na górskich rowerach faktycznie sobie używali. Cały dzień jeździli z góry na dół na tym bilecie. Sprytnie pomyślane – zimą narty, latem rower. I kasa leci.
Cóż… jak wróciłam to była jeszcze godzina – pojechałam sobie trzy razy w kółko na dół i do góry. A co! Tylko pozakładałam wszystkie polary i pozapinałam się dokładnie, bo wiało. I to zimnym.

Teraz jestem już z powrotem w Canberrze. Upał, jak zwykle, siedzę na dworcu w krótkich gaciach i koszulce na ramiączkach i marzę o prysznicu. Już niedługo.

  To z dużą łatką śniegu do Kozi, czyli góra Kościuszki.




To nie jest 40 kilometrów. Tam jest kropka między 4 i zerem. To jest 4 kilometry. Śliczne, prawda?














wtorek, 8 stycznia 2013

Bądź kulturalnym narkomanem.

Jak tylko przyjechałam do Melbernowa, to prosto z autobusu pognałam do wuceciku, tylko się rozejrzałam czy Pharlap nie czeka. Nie czekał. 
Władowałam się do kabinki i ... stanęłam jak wryta.No, nie, toż t trze zrobić zdjecie. Rypnęłam plecakiem o ziemię i wyciągnłam fotoaparat:




Skrzyneczka na igły. Jak sobie dałeś w żyłę, to nie rzucaj strzykawki byle gdzie, tylko włóż igłę do pojemniczka.
Jak się zastanwiasz gdzie sobie bezpiecznie i kulturalnie dać w żyłę - idź do toalety, gmina zaprasza.
Jakbyś chciał zacząć - miejsce jest przygotowane, witaj.
No, odjazdowo.

Dałam upust pasji fotograficznej, potem dałam upust czemu innemu, a potem zaprałam plecak i znalazłam Pharlapa. Podzieliłam się moim odkryciem i zdumieniem.
Pharlap: - A, tak, to normalne.
Lila: - Że jak to: normalne? We wszystkich kiblach macie pojemniki na zużyte strzykawki?!
P: - No, tak, oczywiście.
L: -?!?!
P: - No, żeby narkomani igieł byle gdzie nie rzucali, bo to stwarza zagrożenie, ktoś się może skaleczyć. Jak gdzieś jest dużo wyrzucanych strzykawek to odpowiednie służby zakładają skrzynki. A na dworcach jest dużo narkomanów.
L: - W Sydneju nie było skrzynek.
P: - Nie?

No, nie, nie było.
I mimo tak wspaniałych warunków do dawania sobie w żyłę - nie planuję poszerzać swoich życiowych doświadczeń w tym kierunku.

Nadal mam koparę na ziemi. Słuchajcie, czy gdzieś jeszcze na świecie instaluje się pojemniki na strzykawki w kiblach tak powszechnie?