---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 19 grudnia 2012

Tylko 42 stopnie. Smok miniaturowy. Kuranda. Skyrail.



---------Scenka rodzajowa jeszcze z Cainrs - Tylko  42 stopnie ---------

Niedawno podobno  w Sydney były upały. Prawie 40 stopni. Nie wiem, dawno tam nie byłam, siedziałam cały miesiąc w Cairnsie. Cairns jest około 3000 (trzy tysiące) kilometrów w stronę równika. Jak na Australię to już jest dość daleko, tak powiedzmy średnio, to duży kontynent (200 km jest uważane za rzut kapciem, 500 za „blisko”).

Dla wyjaśnienie: w Cairns są tropiki i cały czas człowiek jest jak w saunie. Wilgotnej i ciepłej. Chodzi w saunie, zwiedza w saunie, je w saunie i śpi w saunie (Klima pomaga tyko trochę). Zimna woda z kranu nie jest zimna. Dla uzupełnienia obrazu sytuacji mała rozmowa:

Wsiadam ci ja do samochodu jednego znajomego, co czasem mi daje podwózkę, a on mnie powitał słowami.
- Cześć Lila.
- Cześć
- No, wreszcie chłodniej dzisiaj. Tylko 42 czy 43 stopnie. Nie to, co wczoraj.

Zatkało mnie… Pojęcia nie mam, ile w Cairns jest stopni, nie patrzę na termometr, bo jak bym spojrzała to chyba bym się roztopiła, wiem o tym że gorąco i wolę nie wiedzieć jak bardzo. Ale faktycznie, miał gościu rację, tego dnia było nieco chłodniej….

------ koniec scenki rodzajowej z tropików ----------------

Zwierzęta Australii, takie jak koalę i wombata - to widziałam jedynie w zoo. Cóż. Będę zwiedzać dalej, może to się zmieni i zobaczę je na żywca. Na żywca, a nie tylko w zoo, to widziałam walabi, i krokodyle - powieszę w najbliższych dniach. Dziś miniaturowy smok. Zapomniała mi się nazwa.





Tu jest tak dużo nowych rzeczy, że aż trudno mi tyle obejrzeć, obfotografować i przemyśleć. Jak słusznie zauważył jeden z moich znajomych becpacekrsów - skoro ty tak lubisz rośliny i zwierzęta, to tutaj, gdzie wszystko jest tak inne niż w Europie - to chyba masz jak w raju? Ano... Mam.
Jak dziecko w fabryce cukierków. W Cairns wszystkie rośliny były inne, jedyne bardzo nieliczne znane to małe rośliny uprawiane u nas jako doniczkowe, tropikalne. Nie znałam ŻADNEGO drzewa. Ani osobiście, ani nawet z obrazka. Wyobrażacie sobie cukierki pod nogami i cukierki na ścianach i czekoladki na stołach i ciastka pod sufitem, tak że nie wiecie już co brać do ręki, a w brzuszku już więcej się nie mieści? No to tak miałam w tropikach jeśli chodzi o ilość nowych wrażeń.

Zwierzaki oglądałam przede wszystkim w zoo w Kurandzie - pobliska miejscowość, sławna z podniebnej kolejki (Skyrail), sklepów z wyrobami aborygenów, oraz właśnie zoo, gdzie można wziąć miśka na ręce i mieć zdjęcie. Pomysł głaskania zwierzaków podobał mi się średnio, bo to nie jest naturalne, ale pogadałam z opiekunami i one mają określone godziny pracy i to niewiele godzin, a walabi mają ogrodzenie, gdzie człowieki nie mają wstępu i walabi sobie mogą zwiać do tego azylu, jak mają dosyć.

Kuranda jest jakieś 45 km od Cairns. Można se kupić wycieczkę (ponad 100 dolców, czasem sporo ponad, zależnie od ilości atrakcji, plus narzut dla agencji). Ja sobie pojechałam autobusem publicznym. Zaletą jest cena: 6 dolarów, ale wadą jest to, że nie bardzo są widoki z szosy. Sam autobus wygląda normalnie, odmiennością jest obłędnie zimna klimatyzacja, bez możliwości regulacji, (rozmawiałam z keirowcą, że taka różnica temperatur to jednak przesada, ale on nic nie mógł poradzić ... podobno.). Kłopot z publicznym transportem jest taki, że jest go mało i jest marny, więc często trudno mi znaleźć przystanek na ulicy, albo nie bardzo mam kogo dopytać, bo ludzie tym nie jeżdżą i nie wiedzą, albo wiedzą stary rozkład. Trochę mi zajęło znalezienie przystanku. Rozkład wygląda jak na zdjęciu poniżej.

A wróciłam Skyrailem, żeby coś zobaczyć. W jedną stronę kosztowało tylko 45 dolców, myślę że warto, bo tu góry zarośnięte jak Beskid Niski, i nic nie widać, no i nadal mają te cechy płaskowyżu a niż gór - na wierzchu są płaskie, jak pole, a do tego zarośnięte, nic, nic, nic nie widać. U nas w dolinach widać. Nawet w Górach Stołowych widać, chociaż kto był na Szczelińcu, na tym wypłaszczeniu pod szczytem, zanim jeszcze się zaczną ostańce,  tam gdzie krowy się pasą i jest trochę domów i uliczka ze straganami, jak lokalne Krupówki - to będzie miał przybliżony obraz tego co to. Tylko wypłaszczenie większe, sklepów więcej, zrośnięte wyżej i mocniej, i ostańców nie ma, a są klify, tylko do nich trzeba dojechać. Dlatego wzięłam kolejkę. Chciałam coś zobaczyć.



 Jak widać - warto było.


Ten dym na zdjęciu powyżej to nic innego jak pożar buszu. Tak. Pożar.
A poniżej jeszcze jedno zdjęcie z widoczkiem. Na jutro szykuję pełną kolekcję zdjęć z kolejki. Będzie to bardzo fotograficzny wpis. Potem zwierzaki, krokodyle, i walabi, potem owoce tropikalne i jeszcze przed świętami wrzucę świąteczne drzewko - proszę chwilę pomyśleć: świąteczne drzewko w otoczeniu palm, przy basenie, i Lila w bikini. Dobre? Dobre. :-). Lubię Australię. Na razie widoczek z kolejki.




wtorek, 18 grudnia 2012

Wombat

Znów w Górach Błękitnych. Cicho, spokojnie, i pachną ekaliptusy. Będę dobrze wypoczywać. Zmęczona jestem. Mam dużo zdjęć i będę sukcesywnie wieszać. Na początek - wombat. Taki miejscowy zwierzak.




piątek, 14 grudnia 2012

miś koala


Wielkości większej nieco od tłustego kota. Kształt właśnie koci, a nie psi, bo najgrubszy misio jest w dupci, ciało ma ten charakterystyczny kształt kropli, jak grube koty.

Sierść wygląda gładko, ale wcale nie jest gładka, jest szorstka, jak wełna.

Misio był w zoo. Jak się idzie do lasu deszczowego to jest zielono, ciemno i zarośnięte, i jeśli chodzi o zwierzęta, to ja nie widziałam. Kwiatów też nie ma. Ja osobiście lasu deszczowego nie lubię, właśnie dlatego że taki pusty, i wyłącznie zielony, duszny i ciemny. Znacznie fajniejszy był kwitnący busz w Górach Błękitnych. Wracam tam już we wtorek.

Misie w zoo pracują. Na zmiany. Pytałam o to czy nie są zmęczone, ale mają dużo wolnego i patrzyłam jak opiekunka bierze misia - on się do niej garnął. Miśki generalnie przez większość dnia śpią i zwieszają się z gałęzi w pozach ciężko uzależnionych narkomanów, ale na głos opiekunki misiek się ożywił i wyciągnął do niej łapki. Słodkie. A potem ona drapała go po brzuszku, a on się podstawiał i miał z tego wyraźną radochę. Jak kocio. Tak, że nie ma czegoś takiego jak się obawiałam, że te zwierzaki są znudzone i zmęczone miętoszeniem przez ludzi. W każdym razie w zoo w Kurnadzie tak jest (koło Cairns).


Na zakończenie - w ramach scenki rodzajowej - zobaczcie zdjęcie z Melbourne, na blogu Pharlapa (kliknij tutaj) - jak to trzeba być ostrożnym w językach obcych.... Prześliczne zdjęcie :-).










środa, 12 grudnia 2012

Tylko mu nie mów, że jestem Niemcem!



- Tylko mu nie mów, że jestem Niemcem! – tak właśnie powiedział do mnie dziś „mój” Niemiec (znaczy się gościu z mojego pokoju, bardzo młody i bardzo miły,) na wieść, że nasz kolejny nowy lokator jest też Niemcem.
- Nie mów mu! Ja nie chcę mówić po niemiecku! Nie chcę! Nie przyjechałem tu, żeby mówić po niemiecku!
- Za późno. – zmartwiłam się nieco - Już mu powiedziałam. Ale on miły jest.
- Powiedziałaś? – Niemiec przyjął to pogodnie. -  A, to nie szkodzi, nie przejmuj się. Nie ma sprawy.


Tak oto wygląda życie becpackerskie. Są tu ludzie z całego świata. Z różnymi zwyczajami. Różnymi upodobaniami. Zwykle w Australii z małą ilością kasy, bo tu jest potwornie drogo, i wszyscy szukają tanich rozwiązań. Niedogodności, drobne nieporozumienia (częste przy kiepskim angielskim), czy problemy traktują z filozoficznym spokojem – to część przygody. To jedno z najczęściej powtarzanych zdań: to część przygody (It is part of adventure). Karaluch w pokoju? Tu jest Cairns. To część przygody. Grzyb pod prysznicem? Gorący kraj, jasne, że grzyb. To część przygody.  Klucz nie pasuje? Kolacja niesmaczna? Sklep zamknęli? Mówią bełkotliwie? Duszno i gorąco? Autobus nie przyjechał? – Wszystko to jest częścią przygody.

Jedna jedyna sytuacja, gdy becpackersi tracą filozoficzny spokój i robią energiczne ruchy – to moment gdy coś się chrzani z netem. Dostęp do netu to kontakt z bliskimi, to kontakt z innymi towarzyszami podróży, to kontakt z biurem od biletów lotniczych, autobusowych, zamawianie noclegów, zamawianie wycieczek, planowanie trasy. To możliwość pogadania na żywo z kimś z własnego kraju, wyłania wiadomości, zostawienia informacji. I wtedy becpackersi rzucają kolację, odstawiają kubek z herbatą, albo piwo, nadkładają drogi, naddają czasu – żeby pomóc postawić net człowiekowi któremu nie działa, chociaż powinien. Australia jednak nie jest tak do końca cywilizowana, marnie tu z netem, choć podobno akurat w Cainrs nie najgorzej, bo w ogóle jest, oraz działa przyzwoicie szybko, daje się pogadać przez Skypa, a w dobrym punkcie z szybkim wifi - to nawet kamerkę odpalić. Kosztuje dużo, chyba, że się wynajdzie darmowy dostęp.  

Na zdjęciach: skrzydłokwiat, to ten biały kwiatek. Rośnie sobie przy ulicy, ot tak. W Polsce jest rośliną doniczkową, hodowaną w domach, w moim domu rodzinnym też był (bo teraz chyba nie ma? on lubi wodę i zdaje się że nie przeżył któryś wakacji? Bardzo ładny był. Ale albo masz ładne kwiatki albo masz ładne wakacje. Wolę wakacje i kwiatki w naturze.)





Tu poniżej kot becpackerski - schroniskowy, z obróżką, ludzi się nie boi, a jak kto miał dobry obiad ugotowany to siadał obok jedzących i patrzył. Bezbłędnie trafiał do najlepszego obiadu, pewnie węchem.


A to miły akcencik, jeszcze przy pierwszym hostelu. Pierwsza ulica, którą przeczytałam. Bo rozumiecie - do hostelu przywieźli z lotniska. Nazwa ulicy szeleszcząca i krótka, to nie zapamiętałam, gdzie mam hostel. Ale przytomnie rozejrzałam się na pierwszym skrzyżowaniu, żeby nie szukać potem jak głupia blondi. Pamiętajcie, że to był pierwszy tydzień, ba, pierwszy dzień. Ja w szoku kulturowym, po angielsku jeszcze nie rozćwiczona, nie rozumiem, nie pamiętam, a w stresie - to bym zgłupiała do reszty, więc zapamiętanie ulicy gdzie mieszkam było bardzo istotne. Tu wszystko obce, inne i dziwnie ponazywane i trudno zapamiętać. Jak przeczytałam ulicę z własnym imieniem, pierwszą ulicę, na którą spojrzałam na skrzyżowaniu przy hostelu, zaraz pierwszego dnia - to poczułam się jakby Bóg mnie poklepał po plecach :-). Teraz już jestem stary wyjadacz (co nie znaczy że wszystko potrafię znaleźć, ani że wszystko rozumiem, tylko tyle że generalnie spokojnie sobie radzę). Pierwszy tydzień był trudny - i to mówią konsekwentnie WSZYSCY becpackersi. Wszyscy. Jak jeden mąż (i żona i dzieci). Wszyscy.
A potem? Ha! Toż to najfajniejsza podróż w moim życiu! Mimo że trudna, nic nie szkodzi, ale ile zobaczę, ile się nauczę, ile się nagadam w Englishu (a po Australii to chyba każdy, nawet najbardziej wykręcony i zniekształcony, angielski zrozumiem....)

Niedługo wkleję koale, kangury i trochę egzotycznych owoców. Obrabiam zdjęcia (trza wybrać i zmnieszyć do netu). Niedługo będą.

wtorek, 11 grudnia 2012

Woda: wir w wannie i końcówka zdjęć z rafy.

Podobno w Polsce był atak na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, pierwszy raz od kilkuset lat.

Tu na drugim końcu świata oczywiście nic nie słychać o takich sprawach.
Nieźle. Kiedyś lwami szczuli, teraz tylko rzucają pojemnikami z farbą. Lepiej teraz.

 -----
Scenka rodzajowa - wir w wannie.

W którą stronę kręci się wir w wannie?
Ja to nie zwracam zwykle na to uwagi, ale może pamiętacie ze szkoły że jest coś takiego jak siła Coriolisa, co sprawia że którąś stronę rzeki podmywa bardziej, oraz kręci wir w wannie czy w zlewie zawsze w tą samą stronę. Sprawdźcie, jak nie wierzycie. Napełnijcie zlew i spuście parę razy.  Zawsze w tą samą. Żadne fifty-fifty. To jest związane z ruchem kuli ziemskiej i dlatego na drugiej półkuli też występuje, tylko działa w drugą mańkę. Mój rodzinny inżynier sanitarno-wodny zapytał mnie ostatnio, czy faktycznie kręci się w drugą.

Ostatnio poobserwowałam i tutaj, w Australii, kręci się zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
Uprzejmie proszę się odmeldować w komentarzach jak się kręci u Was. (Melbourne też może się odmeldować, choć nieustająco mam nadzieję, że osobiście sprawdzę)

Koniec scenki kąpielowej.
-----

 Ostatnio na tutejszym targu widziałam opale. Piękne, że mózg staje. To co mamy w Europie, to niech się schowa. Nawet 10 procent tego blasku nie ma. Jak pawi ogon, wszystkie kolory, błyszczy, mieni się, cudo.
A drogie.... Bosz.... Nasze kamienie są tańsze.
W sklepie jeszcze droższe. Gdzie się w Australii kupuje opale, żeby nie pójść z torbami?

 
Poniżej ostatnia, trzecia porcja zdjęć z rafy. Więcej nie będzie. Znaczy z rafy nie będzie. Bo zdjęć to mam tyle że nie nadążam wieszać ani pisać. Tu jest tak ciepło, że szok. Ale
 


  

poniedziałek, 10 grudnia 2012