---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 8 października 2012

Australia i wiza

Z wizą australijską jest fajnie, bo się ją załatwia przez net.

Weszłam sobie na stronę gov.au i pogrzebałam, bo w tym roku są nowe przepisy.
Wizy turystyczne są bezpłatne, trzeba tylko wypełnić internetowy formularz. I poczekać aż przyślą wizę. Mi przysłali następnego dnia.

Wiza może być z jednokrotnym przekraczaniem granicy, trzymiesięczna.
Oraz z wielokrotnym, trzymiesięczna ważna przez rok: przetłumaczę ten wymyślny wynalazek: Wjeżdżasz, liczy się okres 3 miesięcy. Jak się zbliża koniec, jedziesz gdzieś po za Australię, np na Nową Zelandię i znów liczy się trzy miesiące. I tak można przez rok, kiedy jest ważna wiza.

Taką sobie wzięłam, mimo że nie planuję przedłużać pobytu, ale kto wie co się przez 3 miesiące może wydarzyć, nie chcę sobie zamykać drogi bez potrzeby.

Nie to żebym zrozumiała odpowiedź jak mi przysłali, bo to i po polsku nie rozumiem tego urzędniczego języka, ale po trzykrotnym czytaniu załapałam. Za to formularz jest bardzo prostym angielskim napisany i ma wygodne objaśnienia.

Załatwiłam wizę przed biletem. Czemu nie.




i jeszcze mapka Australii z Wikipedii


piątek, 5 października 2012

Cena wolności

Kot ma dziurę w łapie. Guz mu rósł na łapie, a dziś pękł przed wizytą u weta, rozstrzygając telefoniczny dylemat (trułam wetowi głowę już jakiś czas) czy to jest ropień, czy nie jest. Ano, dobrze rozpoznałam. To BYŁ ropień.

Kot oprócz dziury, to jeszcze jest obrażony na mnie. Za to, że coś mu w d wsadzali (kot był gorący = termometr, ale on nie chciał tego! bardzo! i pańci głowę pod pachę wsadzał, a ona nic!) i jeszcze wpuścili mu szczypiące g.. w ranę. Przerypane. Teraz mnie nie zauważa. Chyba, że się zapomni... to się łasi, ale jak sobie przypomni to się ogonem odwraca, i ostentacyjnie tyłem do mnie siada i łasi do innych ludzi. Ogon zawsze w moją stronę. Kabaret.

Piszę to późną nocą. Niedawno mu przeszło i przyszedł się przytulić, wtulić i spać przy mnie. Ale co się nagłaskałam odwróconego futrzatego tyłka,  i co się nagadałam do niego (że to konieczne było, to u weta) - to moje.

A skąd się biorą ropnie w kociej łapie? Z zakłucia drutem. Taki urok wolności: poganiać można, ale czasem i ciebie pogonią. Taki "laif".

czwartek, 4 października 2012

Zaćmienie - Czarna kulka nad głową, a horyzont w ogniu.

Słońca. Zaćmienie słońca. Całkowite wygląda tak:

Robi się zimno (z 10 stopni w godzinę, to czuć), i jakoś tak szaro. I dziwnie
A potem cyk, momentalnie:
Ciemne niebo, granatowe, w pośrodku kulka. Czarna kulka. I świeci. A czarne przecież nie świeci, a to świeci i to jeszcze dziwnie świeci (koronę widać, a nomalnie szczegółów korony nie widać).
Horyzont jest czerwony jak o zmierzchu, tylko.... 360 stopni tego zmierzchu.

Czarna kulka nad głową, a horyzont w ogniu.
Jak na innej planecie. To jest główne wrażenie. Niepowtarzalne.
I tak jest przez około 2 minuty. A w każdym razie tyle będzie trwało w Australii w tym roku.

-----
Z pierwszym zaćmieniem, co je widziałam, wiąże się anegdotka, a właściwie dowcip sytuacyjny.

Przyjechaliśmy w pas zaćmienia. Rozłożyliśmy się. Pół godziny do "PIERWSZEGO KONTAKTU", czyli rozpoczęcia wygryzania przez księżyc. Czas mija. Cisza, spokój. Cykają świerszcze. Ludzi nie ma. Słonce świeci. Czas mija, słońce świeci. Chłopaki popatrują przez swoje super-srebrne filtry, bo już 15 minut wygryzienia powinno być - a tu nic, cholera słońce całe. Świeci, cykają świersze, ludzi nie ma.... Zaczęli się zastanawiać czy mają dobre czasy. Czy nie pomyliliśmy dnia? W górach żeśmy byli. Dzikich. Pomyliło nam się?! Boże, jak głupio by było... Czas mija, słońce całe. Siedzimy. Ale jak na szpilkach.

Po pół godzinie przyjechali pierwsi ludzie na pagórek. Chłopaki pogadali - okazuje się, że... nie uwzględnili przesunięcia letniego. O godzinę. Byliśmy za wcześnie.

Za chwilę słońce zaczęło się wygryzać.
Ufff....

środa, 3 października 2012

Krokodyle. Ależ są, jak najbardziej.

Australia jest rekordzistą pod względem ilości gatunków zwierząt groźnych dla człowieka. Do niedawna myślałam, że mają kangury, misie koala i inne spokojne torbacze i nic więcej. 

A tu niespodzianka – najgroźniejsze zwierzęta są właśnie tam. Mają pająki, węże, i meduzy - po dotknięciu parzącej meduzy człowiek ginie w kilka minut w potwornym bólu. Pływa się ubrankach ochronnych - piankach, a na plażach w wodzie są siatki. Mają jeszcze krokodyle, zdarza się, że zjadają ludzi. Co roku. Miły kraj, prawda?

W Cairns krokodyle jak najbardziej są. Ja się chyba jednak nie odważę jechać tam pod namiot sama na dziko.

Czy nikt nie zna kogoś z Cairns, żebym mogła rozbić taki namiot na trawniku czy za stodołą? 
Tam może krokodyli byłoby mniej, albo jakbym zaczęła wrzeszczeć że ziutek przyszedł to może by jednak ktoś przybiegł dał ziutkowi w łeb. Choćby po to by mu ziutek dziecka czy pieska nie zeżarł.

wtorek, 2 października 2012

Znasz kogoś w Cairns?

Bilet przyszedł dziś nad ranem.
Lecę. Za jakieś trzy tygodnie.


Teraz ogarniam przelot wewnątrz Australii, bo to jest 3000 km. Koleżanka dała mi świetną stronę a namiarami na hostele (dzięki!!!). Bardzo są obłożone już.

Ciągle nie wiem czy mój australijski kumpel, zwany na potrzeby bloga Kangurem, też pojedzie się zaćmić czy nie pojedzie. Zmienia pracę i sam nie wie. Pewnie niedługo trzeba będzie podjąć jakąś decyzję. Kangur pisuje w tempie australijskim (nie spieszy mu się), czasem denerwuję się jak długo czekam na e-mail.

A droga ta Australia! Bilet wewnątrz kosztuje połowę tego co przylot z Polski.
Hostele tak samo.
Czytam o możliwościach zakwaterowania - i ciśnienie mi rośnie. Ze względu na wykupione przeloty będę tam siedzieć pewnie prawie dwa tygodnie. (Przylecę sporo przed, polecę sporo po) Ceny hosteli poszły w górę.

A mi naprawdę wystarczy kawałek podłogi i spacery nad oceanem. Czy nikt nie zna kogoś mieszkającego w Cairns? Lub okolicy?

piątek, 28 września 2012

Opera toaletowa - w trzech aktach

Bilet podobno kupiony, ale jeszcze nie przyszedł - więc sobie czekam. Jestem trochę zmęczona myśleniem o Australii, wyjeździe, locie, kwitkach, pakowaniu, przygotowaniach. Dziś zrobię sobie urlop.

Będzie o kocie.
Osoby wrażliwe, lub właśnie jedzące posiłek - grzecznie uprzedzam, że może warto przerwać czytanie, albowiem będzie o kupie i tym podobnych.

Preludium
Koteczek jest teraz ze mną w mieście. Do kuwetki trafia, bo on schludny jest. I mimo, że 4 miesiące załatwiał się na wsi na zewnątrz - to nie miał kłopotów z wdrożeniem się w kuwetkę po powrocie.


Akt 1
Kot coś szurał i mnie obudził. Wstaję, kot się kręci w stronę łazienki. Zaglądam do kuwety. Bosz... Sraczunia, ale jaka.... Masakra. Dobra, przyznaję się bez bicia, wieczorem zastanawiałam się czy już zmieniać żwirek na nowy, bo mało jest, czy jeszcze poczekać. Stosuję silikonowy, taki co się zmienia raz w miesiącu. On świetnie wchłania zapachy, nic nie śmierdzi. Wywala się tylko grubsze kawałki łopatką i można do kibla. I dlatego  pod koniec miesiąca żwirku jest mało, bo tą łopatką to zawsze się i trochę żwirku wywali. A jednak "czebabyło" zmienić wczoraj....

On się bardzo starał zagrzebać. Zrobił co mógł w kuwecie, żeby posprzątać. Czego się nie dało w kuwecie, to posprzątał przed kuwetą, i trzeba oddać kotu honor - naprawdę starannie się wyczyścił i już poza łazienkę praktycznie nie wyniósł. Doceniłam. Widać było, że robił co mógł.

Kotu było wyraźnie głupio (on się chowa po kątach jak się wstydzi), mi też było głupio, że mu za mało piasku dałam.

Podłogę wytarłam i umyłam (papierowymi ręczniczkami, żeby to od razu wywalać). Zawartość kuwety wywaliłam do kibla, tylko w paru porcjach spuszczać trzeba żeby się nie zatkało. Wytarałam, wstawiłam wodę żeby wyparzyć, bo w końcu - nie wiem przecież skąd ta sraczka, to lepiej wyparzyć.

Akt 2.
Kot zniknął. Skoro i tak czekam, aż wyschnie kuweta, to poszłam zobaczyć co robi, bo mi go żal było, że tak się wstydzi. Kot usadowił się na jednym z łóżek, co to na nim lubi siadywać, bo spokój ma. Na zwiniętej kołdrze lubi najbardziej, bo miękko ma.
Usiadł. I siedzi. Pogłaskałam. Siedzi. Wstał. I....  zaczął zagrzebywać.....

Wielka mokra plama. Zdążyłam ściągnąć narzutę i kołdrę, zanim doleciało do materaca.

To nie było posikiwanie ze złości. To było wielkie, regularne siku. Ogromniaste. On po prostu obudził mnie, bo kuweta pełna i potrzebował siku, a nie miał gdzie zrobić. A pańcia co? A tu cackanie, wyparzanie, i kocina nie doczekał. Nie krzyczałam na kota, absolutnie, przecież nie jego wina.

Zabrałam się za pranie kołdry i koca, żeby spłukać chociaż to najbardziej przesikane.
Ale to jeszcze nie koniec...

Akt 3
Kuweta wyschła, otworzyłam żwirek i sypię.... A żwirek normalnego zamiast gruboziarnistego, białego - błękitny i jakiś taki drobny, wręcz aż pylisty, wzbijający się. Mi było nieprzyjemnie grzebać żeby go równo rozsypać (wyrównanie jest wygodne, bo łatwo widać czy kot był w kuwecie czy nie; a nie trzeba robić poszukiwań łopatką). Kotu pewnie też nie fajnie wzbiajać taki kurz w powietrze przy grzebaniu. No i pytanie za sto punktów - czy on będzie chciał w takie barachło sikać, zwłaszcza że właśnie świeżo była niemiła wpadka z kuwetą i w dodatku znalazł wygodną kołderkę do sikania? Oczywiście na odpowiedź na to pytanie czekałam dobę, bo kot przeca był świeżo wysiusiany i wykupkany. A drugą dobę, by wiedzieć, że na pewno kuweta z tym syfiastym piaskiem też działa.

W sklepie po długich (ale życzliwych) dyskusjach zgodzili mi się pozostałe dwie paczki niebieskiego żwirku wymienić. Ciekawe, bo trzecia paczka w zapasie, ta sama firma, była normalna, biała.

Epilog
A skąd właściwe ta sraczka? Doszłam skąd. Chodzi o jogurt - ale kot po jogurcie zawsze czuł się dobrze, i chętnie i dużo zjadał. Tia.... tylko, że tym razem to był jogurt...  śliwkowy.... otrębami....

(Mnie jakoś ten zestaw kompletnie nie rusza i jadłam bo smaczny, ale gdyby przypadkiem ktoś nie wiedział - na sporo ludzi działa przeczyszczająco.)

Gdybym nie dała tego jogurtu  - nie byłoby problemu, piasku w kuwecie by wystarczyło.
Gdyby było dużo piasku - nie byłoby problemu, kot dałby radę zagrzebać i miałby dość sypkiego by dosikać do tego.
Ale zbitka dwu (moich) błędów to za dużo na jednego małego kota.

A ja teraz bujam się z praniem kołdry i koca. Do pralki mi nie wchodzą, bo za duże. I jeszcze nie grzeją kaloryfery, pranie sługo schnie - te zaprane fragmenty są trzeci dzień wilgotne.  Chyba stanie na oddaniu do pralni. Za cenę takiego prania w pralni spokojnie można kupić 3 żwirki i jeszcze trochę forsy zostanie.  Nie należy żałować kotu żwirku.













czwartek, 27 września 2012

Suweniry polskie - bursztyny i krzemień pasiasty

Kupiłam dziś krzemień pasiasty - nasz orygialny, polski kamień, co to w okolicy Gór Świętokrzyskich występuje i tylko tam i nigdzie na świecie - na prezenty do Auuustralii. Zrobię kilka par kolczyków, może jakieś breloczki. Mam też parę nie wierconych bryłek z ładną pasiastością, tak po prostu do leżenia na paterze czy stawiania na kominku.
Wezmę też bursztyny, co prawda do żadnego sklepu nie chce mi się tłuc, ale jak przegrzebię moje zapasy kamienno - jubilerskie na dnie szafy, to bursztynów tam powinno być trochę, bo lubię ten "kamień".

Macie pomysł co jeszcze nadaje się na prezenty z Polski, takie drobiażdżki, co to w samolot można wziąć i tubylców z wdzięcznością obdarować? Teraz po EURO to dobry moment na kupowanie gadżecików powinien być. Tylko co by to mogło być i gdzie to kupić.

(Jedzenie ani picie nie wchodzi w grę, są bardzo surowe przepisy wwozu)

----
Dawno nie było o kocie, prawda? Bosz.. ale mi dał popalić przez ostatnie dwa dni. A raczej dwie noce. Opera toaletowa w trzech aktach,  i to wszystko moja wina była, pewien udział miał w tym jogurt śliwkowy, ale sam jogurt to by nie wystarczył do zrobienia sajgonu. Tam było kilka stopni absurdu i nawarstwienia błędu. To na oddzielny post. Dziś już padam na twarz. Schodzi ze mnie napięcie po tym wariackim rezerwowaniu biletów. Jutro ma być kupiony. Pochwalę się jak dostanę. Pewnie jak się obudzę, to już będzie, bo w Australii będzie już po południu, a to australijski e-bilet.