Dziś pierwszy raz wyszło słońce. Pierwszy raz od tygodnia. Piękna słoneczna spokojna sobota. Przestała się unosić para z oddechu. Pierwszy raz rano nie miałam dylematu jak rozpalić w piecu nie wychodząc spod kołdry. Po prostu nie paliłam. Po prostu można było usiąść na tarasie w słońcu. Ptaki śpiewały, żaby kumkały, wszystko kwitło i rozwijało liście, kot ganiał – idylla. Aż się zastanawiałam jak tu pracować w takich warunkach jak wszystko w człowieku śpiewa?
WRR WRRRRR WRRRRR WRRRRR!!!
Ścigacze po rzece. Cała wycieczka. Tu jest rezerwat ptaków,
na bagnach po drugiej stronie rzeki. Tu powinna być jakaś strefa ciszy, albo
co? Ja wiem, że tu jest co prawda główny szlak wodny z Wawy na Mazury ale może
to można jakoś inteligentnie rozwiązać?
Potem sąsiad włączył piłę spalinową. Drzewo do kominka ciął
sobie. Jego drzewo, jego piła, jego prawo. Noce zimne, drzewo jest bardzo
potrzebne.
Potem ścigacze przejechały w drugą stronę, z powrotem na
Zalew Zegrzyński.
Poniedziałek! Ja chcę poniedziałek! Byle do poniedziałku….









