---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

środa, 7 marca 2012

dziś lirycznie

KOCIE HAIKU

mały kocioń mój
wtulony w  kaloryfer
mróz przepowiada.

(haiku: sylaby 5-7-5, krótka forma bez rymu, rodem z Japonii)


Cięłam drzewa na działce ostatnio, i zrywałam pierwsze przebiśniegi. Od przedwczoraj znów zimno, i znów daje się chodzić po zamarzniętych działkowych ścieżkach, zamiast brodzenia w błocie "z kępki na kępkę". Tylko pracować się za bardzo nie daje. Może i dobrze, bo porobiły mi się zakwasy, przerwa się przyda.

Ale jak nie sekatorem, to chociaż w klawiaturkę postukam. Co by nie mówił, kawał dobrze wykonanej roboty dobrze robi i na humor i na konto bankowe. A jak obok śpi wtulony kot (porzucił ukochany kaloryfer dla mnie!) - to czegóż chcieć więcej?

(No dobra. Można jeszcze chcieć, żeby mi się robota szybciej pisała, bo nie wyrabiam założonego planu. Zmęczona jestem. A jednak, a jednak... nawet jeśli trochę wolniej - to na szczęście w dobrym kierunku. I tego się trzymajmy.)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Góry, góry i ciągle mi nie dość....

Wróciłam z gór. Mam zakwasy wszędzie, ale żyję. Śniegu było do biustu. Zabawnie się przemieszcza w czymś takim (najpierw trzeba odkopać rękami na tyle żeby dać radę przesunąć nogę). Pług śnieżny nie dojechał, bo utknął...          
Zeszłyśmy dzień później niż planowane, jak już śnieg nieco "siadł" i dało się po nim iść.
Kocioń tak mnie witał w drzwiach, że aż niechcący nimi oberwał (ale lekko, bo spodziewałam się, że będzie się trynił).





                                                

czwartek, 16 lutego 2012

FAWORKI

Z racji tłustego czwartku robiliśmy w górach różne dziwne a smaczne rzeczy.

Między innymi Ania (czyli Sado, bo niektórzy znają ją pod ksywką) zrobiła rewelacyjne cosie, które nazwała pączkami. Tak naprawdę były to faworki, tylko cięła je w kółka i robiły się okrągłe, i wyglądały jak pączki. Przepis jest tak prosty, że aż szok.


PROSTY PRZEPIS NA FAWORKI (z zeszytu mamy Sado)

Ciasto:
- kostka sera białego (TAK, SERA BIAŁEGO) mielonego.
- jajo
- szklanka mąki.

Dodatkowo:
- smalec lub oliwa do smażenia. Może być olej, ale olej ma niższą temperaturę wrzenia i wychodzą tłustsze.
- cukier puder do posypania (dużo)


Zagnieść. Możliwe, że wgniecie się więcej mąki, ale zaczynamy od szklanki i jak za miękkie to dosypujemy po trochu. Jak już odchodzi od ręki to zostawić na pół godziny w chłodzie, można dłużej. Owinąć folią, żeby nie wyschło. Wałkujemy cienko, jak najcieniej. Wykrawamy co chcemy (kółka, faworki klasik, ja ukochałam kwadraciki i też działa). Smażymy, posypujemy obficie cukrem pudrem.

MNIAM!

piątek, 3 lutego 2012

1000 i 10 000

Siedzę sobie po obiedzie, za oknem zmierzch i mróz (PONIŻEJ 20 stopni, normalnie ściany promieniują zimnem), kot śpi obok, na półeczce przy kaloryferze, na kolanach książka.

Biedny Milioner - nowa książka Tadeusza Niwińkiego. Dziś przyszła (zamówiłam w poniedziałek). Zawiera między innymi informację o ćwiczących muzykach. Okazało się że ci genialni wykonawcy to ćwiczyli więcej godzin (10 000) niż ci gorsi (4 000). Jakby geniusz zależał od wrodzonych właściwości, to by ćwiczyli mniej, prawda? A ćwiczyli więcej, czyli prawdę głosi przysłowie, że trening czyni mistrza.

Na mojej stronie Ciekawa Medycyna mam już tysiąc odsłon. Dziś stuknęło. Zobaczyłam z samego rana.

Czy jeżeli napiszę 1000 odcinków Ciekawej Medycyny (po około godziny każdy) to czy osiągnę mistrzostwo pióra?
Bo na razie napisałam 40 (wisi 25 na głównej i 6 na filii, 10 jest na kompie). I mam wrażenie, że teraz piszę lepiej niż na początku.

 ---------

Jak wietrzyć przy mrozach? Krótko i szeroko. Żeby wymienić powietrze, a nie wyziębić ścian.

Tak zrobiłam. Kiedy po 5 minutach wróciłam do tej zimnicy, w jaką zamienił się mój pokój, zobaczyłam kocionia. Na parapecie rzecz jasna. Wysokie piętro, pod spodem beton. Wyglądał sobie.

Pamiętaj!. Jak zobaczysz istotę, którą kochasz na parapecie - nie krzycz. Bo może się przestraszyć i wypaść. Zanim zdążyłam wykrztusić z siebie "chodź, chodź, dobry kotek!" kocinda uniosła się na 4 łapki, wygięła grzbiet i przydreptała do mnie, żeby się połasić.

Pochwaliłam (za przyjście), pogłaskałam, wzięłam po pachę, zamknęłam okno.
Rytm serca zwalniał....

wtorek, 31 stycznia 2012

NASZYJNIK

ZEŻARŁ!!!
Zeżarł mi kulkę! A było to tak: no dobra, przyznaję, uszkodziłam naszyjnik - ściągnęłam golf przez głowę, a naszyjnik jest tak wygodny i lekki, że go po prostu nie czuję. I zapomniałam, że go mam. Pękł mi przy zapięciu, ale wszystko złapałam. - kulki, zapięcia - wszystko jest. Naszyjnik jest piękny i można go nawlec ponownie.  (Jeśli chcesz zobaczyć jak wygląda, to tu jest jego zdjęcie, na stronie artystki-autorki, na jej blogu TAKIE MIEJSCE. Ten jesienny, trzeci od góry. A dziewczyna ładne rzeczy robi, i mimo, że sama też robię w biżuterii to kupiłam u niej - to duży komplement)

No i położyłam zerwany na stół, gdzie kocioń nie wchodzi. Ha, ha! Nie wchodzi! Nie wchodzi, jak patrzę. W nocy pewnie poszedł na patrol i wziął sobie jedną kulkę. Nawet nie zauważyłam, jak się obudziłam, że brakuje. Kulki generalnie leżały i to już trzeci dzień. Dopiero domownik mówi mi "wiesz, on się dziś rano tak ładnie bawił. Jakąś piłeczką czerwoną. Tak sobie podrzucał, szarpał, łapami z buzi wyciągał. Ślicznie się bawił". Tak? Ale czym?! Jaką znowu czerwoną piłeczką? "Myślałam, że mu coś nowego kupiłaś." Nie kupiłam. Kiedyś faktycznie kupiłam piłeczkę, która starczyła na 10 minut, zanim kocioń ją gdzieś skitrał. AAAAA!!!!! WIEM!!! Poleciałam obejrzeć kulki. Wszystko jasne. Na dywanie ślady pomarańczowych kłaczków. I pierwsze pytanie: ZEŻARŁ? Czy nie? Bo jak połknął, to się może zatkać i będzie ostry dyżur.

Krótkie poszukiwania doprowadziły do znalezienia kulki pod wanną. Tylko trochę nadwyrężonej. Uff... Kocioń bezpieczny, kulkę da się ponownie sfilcować, kulki schowałam do torebki, bo on trochę żre wełnę, nie jakoś bardzo, ale lubi gryźć mój płaszcz. I futra gości. Ortalionów i goreteksów nie rusza. Naszyjnika, jak wisiał w zasięgu kocich zębów, też nie ruszał. Ale teraz, bo takiej dobrej zabawie, to myślę że się skończyły dobre czasy i jednak będę naszyjnik chować. Za ładny jest.

A Kocioniowi chyba sfilcuję jakąś dużą kulkę. Może wystarczy sfilcować kłębek po wierzchu? Bo ja to nawet zarejestrowałam kątem oka w półśnie, że on z czymś szalał. Nawet wstałam i wyrzuciłam zwierza za drzwi, bo nie dawał spać, tak szałał, i to nie jest typowe dla niego, żeby aż tak się tłuc i budzić, zwykle jest cicho. Ale była 6 rano, byłam półprzytomna i nie przyszło mi do głowy sprawdzać, co ma w pysku. To był błąd.

Czy kulki naszyjnika trzeba kłuć igłą, czy wystarczy przekłuwać linką jubilerską? Bo przez jedną kulkę linka mi przeszła, a przez drugą nie chce przejść i się niszczy koniec linki. W razie czego linkę mam, igłę mam i kombinereczki jubilerskie też, nawet dwie sztuki, bo czasem trzeba jednymi robić, a drugimi przytrzymać. Jak polegnę to się zgłoszę do artystki, ale najprawdopodobniej dam radę sama.

czwartek, 26 stycznia 2012

PÓŁECZKA NA KALORYFER

Zrobiłam kotu półeczkę.  Kaloryferową.

Patrzyłam niemal od początku pobytu u mnie - jak usiłuje się wtrynić na górną część kaloryfera, ale mam tak blisko do parapetu, że nawet bardzo chudy kot się nie zmieści. No to chociaż boczkiem. No chociaż jakoś z oparcia fotela… Jak patrzyłam na te próby przytulenia się do ciepłego, ponawiane systematycznie, no to zrobiłam półeczkę, a niech ma. Wystarczyło kilka deseczek z działki, parę śrub i gwoździ, i na deser drobna danina z krwi – raz nie trafiłam młotkiem, ale tylko troszeczkę. No i ręcznik, żeby było miękko kotu w tyłeczek.



I co? I super. Półeczka została przetestowana i uzyskała 11 punktów w  10- punktowej skali. Stała się najbardziej ulubionym miejscem spania kota. Lepszym nawet niż wieszak na ręczniki w łazience (sic!), który do tej pory był najgłówniejszy ulubiony.

SERCE W GARDLE

Odpowiadając na kilka pytań czytelników w komentarzach (kolejność chronologiczna)

1. Komu zostawić kota, jak wyjeżdżam – ano zostaje z domownikami. Jak nie było mnie dwa dni to cała sprawa sprowadzała się do sprzątnięcia kuwety. Żarcie miał – chrupki i wodę. Wyjeżdżając dałam mokre. Ewentualnie można mleka nalać (mój lubi i może). A kuweta ma silikonowy żwirek, wymieniany raz na miesiąc, i naprawdę ładnie chłonie zapachy. Tak naprawdę jestem neofitą w zostawianiu kota. Poszło dobrze. Jakby było potrzeba to wrócimy do tematu.

2. Gdzie byłam – ano u znajomych w i koło Łodzi, to ludzie ze stowarzyszenia AMŻ. Tego co mam z boku stronę podaną. I tego co prowadzę czaty w czwartek od 22 do 24 (polchat, pokój sens). Ustalaliśmy program na czerwcowe warsztaty. Będzie nad morzem (miau!) i będzie miedzy innymi gra w cash flow – już sobie ostrzę zęby. Jakbym w górach była to już by wisiały zdjęcia :-)

3. Napiszę o szczepionkach.


A teraz o tym sercu i gardle.

Siedzę na działce przed kominkiem, kocioń gdzieś buszuje po krzakach. Wolę jak siedzi w altance ze mną, niż jak łazi, wtedy wiem że z nim wszystko w porządku. Ale on woli łazić. A niech ma. Jak łapy zmarzną to miauknie pod drzwiami, żeby wpuścić. Niemniej trochę się martwię i cały czas nasuwa mi się taka refleksja – że na działce to wiem kiedy z kotem przyjdę. Ale kiedy wyjdę – to wolna amerykanka. Raczej przychodzi na wołanie. Ale czasem po 2 minutach, czasem po 10 a czasem po pół godzinie. I nigdy nie wiem kiedy…. Jak ostatnio czekałam 10 minut i wołałam i chodziłam wokół domku – to było to najdłuższe 10 minut w moim życiu. No dobra, były momenty kiedy działy się w moim życiu rzeczy groźniejsze, ale jakoś zwykle od się działy szybko i już. A tutaj czekać, czekać, czekać. A jak coś się stało… A jeśli w Polskę poszedł…. A jak gdzieś marźnie, bo się zgubił…  Ojoj. Niemniej jak patrzę z jaką radochą kocioń daje w długą w te krzaki, to nie mam serca mu zabraniać.

Dziś na śniegu widzę ślady łapek – już wiem gdzie siedzi. W takiej najgęstszej kępie krzaków. I już. Wcale nie łazi daleko. I już wiem co jest grane, jak nie przychodzi. Po prostu nie chce mu się ruszyć. Co nie znaczy, że kiedyś gdzieś nie polezie albo coś się nie stanie.  Ale „gadaj se pańcia, a ja se posiedzę” – to najczęstszy scenariusz. W końcu to kot, a nie pies.


Na zdjęciu kocioń w wersji typowej dla stanu niewyprowadzenia i znacznego znudzenia (gryzie mnie w rękę).