---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 2 listopada 2014

Lord Archer

Jeffrey Archer, lord z Angli, w wieku 61 widać wystarczająco dużo razy nadepnął innym członkom rządu na odcisk, że udało się im niby zgodnie z prawem wsadzić go za kratki.

Wyrok był na tyle zgodny z prawem, że nie uzyskał skrócenia przy odwołaniu, ani nie uzyskał uchylenia wyroku. Zważywszy jaka wysokość kary w porównaniu do innych podobnych czynów karalnych, to chyba go nie lubili, a jak się przyjrzeć sposobowi wykonania kary, to chyba nawet bardzo.

Lord pisał dziennik. Opublikował go. Jestem zachwycona czytając. Pochłonęłam wszystkie trzy tomy, nie byłam w stanie się oderwać. Jakie ten gość ma pióro. Jaki inteligenty dowcip i dystans. Jaką dyscyplinę wewnętrzną. I wrażliwość. I czasem mimo wszystko jest mu potwornie trudno, choć facet jest dużo silniejszy ode mnie - takiej dyscypliny nie umiałabym sobie narzucić. I dużo wcześniej bym się załamała.

Udało im się go złamać.

Nie zanosiło się na to. Dał sobie radę w pierwszym więzieniu, takim dla bardzo niebezpiecznych przestępców (rodzaj więzienia określono przed wyrokiem, że skoro nie wiadomo jaki wyrok, to najcięższe. Dlatego siedział z zabójcami recydywistami).

Dał sobie radę w w drugim. Lżejszym. Szanowano go nawet w obu.

Dał sobie radę w trzecim.

I kiedy już witał się z gąską, kiedy uzyskał prawo do przepustek, kiedy pierwszy raz puszczono do do domu, i kiedy właśnie uzyskał pozwolenie na pracę na zewnątrz... kiedy wydawało się że koszmar reżimu, meldowania się, marnych posiłków, niechcianego towarzystwa niebezpiecznych więźniów znacznie mu się zmniejszy, wszystko zrobił by tak było... wtedy przenieśli go do więzienia z zaostrzonym rygorem.

Przestał pisać. Przez pół roku, do wyjścia na wolność przestał pisać. Nie napisał też nic konkretnego o powrocie "do żywych", a to dla więźniów jest trudne. Takie parę uwag, głównie o tym, że nie wyda żadnego oświadczenia dla prasy. I że nie wydał.

Nie wiem co mu zrobili. Jak go zastraszyli. Jak złamali. Może wystarczyło to odebranie namiastki wolności kiedy już właśnie ją dostał. Jak zabrać dziecku cukierka. Można się załamać. W miejscu gdzie czekasz na odwiedziny. Nawet odwiedziny adwokata mogą "zrobić" dzień: uczynić go lepszym, wartościowszym, na to się czeka. Nawet dodatkowe zajęcia, cokolwiek, by nie siedzieć i nie gapić się w ścianę. W miejscu gdzie jeśli po ćwiczeniach na siłowni nie zdążysz do prysznica, bo będzie długa kolejka, to o oznaczonej godzinie i tak idziesz do celi. I do wieczora siedzisz w brudnych rzeczach. Gdzie ... tyle rzeczy przeczytałam, z których nie zdawałam sobie sprawy. Kiedyś myślałam, że jakby się trafiło (żyjemy w świecie tak złożonych przepisów, że trudno któregoś nie złamać) to najwyżej posiedzę, odpocznę, napiszę książkę. Już mi się tak nie wydaje. Parę osób pisało książki w więzieniu, ale nie wiem czy dałabym radę. Przede wszystkim więzienie naprawdę skutecznie niszczy człowieka, i to widać w tej książce i wszystkie programy resocjalizacyjne są w porównaniu z tym śmiechu warte jak światło świeczki przy stuwatowej żarówce. Takie łamanie, że nic od ciebie nie zależy i kaprys, albo nieuwaga personelu może odebrać najcenniejsze rzeczy. A to co robisz tak kompletnie się nie liczy...

Dzięki Ci lordzie Jeffrey'u, żeś napisał te książki. Nie, nie poszły na marne te dwa lata w kiciu. Współczuję Ci niesprawiedliwego wyroku. Ale jakim wspaniałym głosem umiałeś to opowiedzieć. Jeśli więźniowie mieliby znaleźć orędownika, to dobrze mają taki głos za sobą. To nie chodzi o to by nie karać, tylko by karać z sensem, co przebija z każdej karty książki. Dzięki.


Jeffrey Archer żyje nadal (2014), i publikuje, choć o więzieniu nic opartego na faktach już nie opublikował.




sobota, 1 listopada 2014

Alien. On nie ma stawów.

Kot zwinął się w kłębek. Zwykle koty sięgają sobie pyskiem pod ogon - ot choćby w celach higienicznych. Moje stworzonko sięga nie tylko pod ogon. On skręca się mocniej, sięga gdzieś do połowy brzuszka, czyli zwija się nie tylko w kółko, ale w półtora kółka. A rozbroiło mnie jak zobaczyłam ogon zarzucony na główkę, między uszkami i sięgający dalej... na plecy, między łopatki!


wtorek, 21 października 2014

Zielony płomień - czyli "Tańcząca z butelkami"

Napaliłam się na lapkę oliwną lub podobną w zielonym szkle. Lub niebieskim, ale nie mam prostego pomysłu skąd niebieskie pozyskać. Zielone - jest w butelkach.

Teatrzyk "Tańcząca z butelkami" przedstawia sztukę pod tytułem:
(fanfary!!!!)
"Tniemy butelkę"
Prolog
Dawno dawno temu... No, nie, no, dobra, całkiem współcześnie przeprowadziłam wywiad jak się przecina butelkę i robi z niej szklaneczkę. Naleję oliwy, knot zrobię, będzie pięknie.... Najprostszy wydał mi się sposób ze sznurkiem: zawijamy sznurek dookoła butelki na wysokości cięcia, polewamy palnym badziewiem, palimy, a potem wrzucamy do zimnej wody. Podobno pęka.


Akt pierwszy - oliwa
Wzięłam oliwę. Będą ją palić za  chwilę w szklaneczce, mogę palić na butelce.

Butelkę owinęłam knotem, polałam oliwą knot, odpaliłam, i..... Nie chciało się palić. Z wielkim bólem, trzymając dłuższy czas w płomieniu świecy, długo grzejąc dałam radę przeciąć jedną butelkę, rozwalając ją solidnie przy okazji. No, nie działa, nie to paliwo.
Kurtyna.


Akt drugi - zmywacz do paznokci
Jako że resztka zielonej butelki dawała prześliczne światło jak się w niej odpaliło świeczkę - zachęciłam się do dalszych prób. Autorzy poradnika cięcia butelek zalecali jako paliwko acetonowy zmywacz do paznokci. Wzięłam zmywacz.

Co prawda bezacetonowy, bo taki miałam, ale jacyś dobrzy ludzie powiedzieli mi, że to wszystko jedno. Owinęłam, polałam knot, podpaliłam i.... Knot palił się za dobrze. Cokolwiek było w tym zmywaczu paliło się błyskawicznie, jeszcze nad sznurkiem, i nie rozgrzewało szkła. I szybko gasło. Nawet polewając dużą ilością zmywacza i długo paląc nie udało mi się rozgrzać żadnej butelki. Ani jedna nie pękła.
Kurtyna.


Akt trzeci - zróbmy miksa.
Po konsultacji z chemikiem zmieszałam oliwę ze zmywaczem, wstrząsnęłam buteleczkę, zrobiłam emulsję (jakoś słabo się mieszało, choć powinno). Polałam knot, licząc na to, że oliwa ściągnie trochę lotność zmywacza, a zmywacz podkręci  słabo palącą się oliwę i spotkają się w połowie - a o to chodzi. 

Odpaliłam. Mieszanka nie miała tych właściwości, na które liczyłam. Niestety: paliła się dwufazowo. Najpierw unosił się lotny i nie grzejący płomień ze zmywacza, a potem, jak się długo potrzymało to z trudem i oporem paliła się oliwa. Wykorzystując oliwową frakcję z trudem i mało skutecznie przecięłam jedną butelkę. Głównie się rozpękła.
Kurtyna.


Akt czwarty - przegląd szafy.
Do sklepu mi nie po drodze żeby kupić jakieś fachowe paliwko, więc wyjęłam ze szafy wszystkie dziwne palne obiekty. Znalazłam zmywacz do paznokci drugi, oraz rozpuszczalnik uniwersalny.

Owinęłam knotem kolejne butelki, na pierwszy ogień poszedł zmywacz - bo to znane i bezpieczne, to niespodzianek nie będzie i nawet jak będzie skucha, to będę miała brwi. Odpaliłam.

BINGO!!!

Paliło się równo, wyraźnie, dobrze, a nie wybuchowo - no cuś pięknego, butelki poszły jak trzeba (może nie równo, ale najrówniej z całej gromadki).
Przyglądam się co to za zmywacz, żeby dokupić więcej tego cuda. Tylko żeby było to co trzeba, a nie dowolny zmywacz. Patrzę na producenta i skład. Skład. Skład.... Pierwszy składnik: aceton!
Czyli mieli rację ludzie z tutoriala, że acetonowy zmywacz, a ci co doradzali, że wszystko jedno, bo się wszystko pali tak samo to jednak racji nie mieli.

Ciekawe, czy można teraz jeszcze dostać acetonowy zmywacz do paznokci? Ten z szafy był bardzo stary, a moda teraz na "ekologiczne" i wszystko, co widziałam w sklepach było bez acetonu w składzie, bo to zaleta zmywaczy (jak dla kogo...).

Epilog.
Zmywacz mi się skończył. Nie wiem jak pali się rozpuszczalnik uniwersalny, a do sklepu nadal mi się nie chce iść. Może też dobry? Mam całą butelkę, a on do niczego mi nie jest potrzebny.
Mam nadal brwi, a i chyba przez jakiś czas jeszcze będę je miała, bo na razie... 
skończyły mi się butelki.

Oklaski.
Kurtyna.

wtorek, 14 października 2014

MacGyver po polsku

Chciałam ci ja przeciąć butelkę. Tak na pół.

Naczytałam się jak to można zrobić i najmniej kłopotliwe wydało mi się obwiązanie jej bawełenianym sznurkiem, polanie czymś palnym tego sznurka i wrzucenie do zimnej wody (WŁÓŻ OKULARY PRZED).

Jak powiedział, tak zrobił.

Owinęłam pracowicie butelkę nitką, a miałam taką lepszą, dratwę, kilka razy owinęłam, nasączyłam oliwą (w filmie był aceton, ale co tam, też się pali przecież). Nitka nasiąkła, przyłożyłam ogień. Ogień w dotknięciu nitki - zgasł. Przyłożyłam do końcówki supełka - zgasło.

No dobra, może to nie bawełna?

Wzięłam zwykłą białą nitkę. Złożyłam kilka razy, obwiązałam butelkę, nasączyłam, podpalam.
Ogień zgasł.

Butelka nieco już obciekała oliwą, ale twarda jestem, obwiązałam butelkę czerwoną BAWEŁNICZKĄ. No, to już na pewno może robić za knot. Nasączyłam. Podpalam. Końcówka przy supełku chwilę się paliła. Po czym - zgasła.

Wrrr...

Twarda jestem. Wzięłam chusteczkę higieniczną. Skręciłam lont. Nasączyłam, choć butelka już uciekała, ale lont akurat nie chciał ociekać.
Podpaliłam.
Z trudem i bólem, łaskawie, po długich namowach raczyło się zapalić, a paliło się jakby chciało a nie  mogło.
Założyłam okulary, wrzuciłam do wiadra. Zagrzechotało. Już wiedziałam, bez zaglądania, że widać sie cała ścianka zagrzała.

Może powinnam mieć mocniejsze paliwko? Żeby tak nie walczyć z żywiołem?





.



środa, 8 października 2014

siatka na kota

Robię nie takie drobne roboty ciesielskie na działce. Korzystam z dobrej pogody. Tylko zimno. Zimno jest tak bardzo, że kot, który nienawidzi być przykrywany czymkolwiek i szybko z pod przykrycia wyłazi - przyszedł i poprosił, żeby go wpuścić pod kołdrę. Uznałam, że to już czas przenieść się z noclegami do ciepłego domu.

Swoją drogą śmiesznie wyglądał, bo wlazł pod kołdrę, odkręcił się tyłkiem do mnie, a nosek wystawił na zewnątrz, i oczka też, i połowę uszek, ale głównie starał się mieć uszka schowane, więc je miał przypłaszczone płasko przy głowie żeby kołdra przylegała. Ten pysk co wystawał spod kołdry wcale nie wyglądał na koci, tylko bardziej jak jakiś borsuk czy nutria, taki długi jakiś. Śmieszny kot.

Będę montować siatkę dla kota w oknie. Będzie mógł latać po parapecie, a nie poleci z wysokiego piętra. Czy ktoś wie gdzie kupić siatkę metalową delikatną z wyglądu o w miarę drobnych oczkach, tak do 4 cm?

niedziela, 28 września 2014

Norwegia. Wyskrobki.

Przeglądam zapiski. Zimniej niż w Polsce. Ale nie dużo.
Bardziej dziko.

Przepłoszyłam bobra. Zmartwiłam się. Po trzech dniach się wyniósł z mojego cypelka. A może powinnam napisać z jego cypelka. W końcu to ja byłam tam gościem. Ale pod koniec pobytu widziałam jak płynął na patrol na cypel. Siedziałam przy ognisku w zatoczce, i miałam dobry widok. Akurat nie kucharzyłam (rzadkie przy surwiwalu, zwykle się skacze koło żarcia) i on sobie płynął. Znaczy, że wróci na cypel. Ulżyło mi. Nie chciałabym uszkodzić przyrody swoim pobytem. Lubię być jak Indianin, tak przejść po lesie czy tak obozować, by nikt nie widział, by wtopić się w las. I chyba nawet nieźle mi wychodzi, ale akurat z bobrem nie wyszło, i jakiś czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia, póki nie zobaczyłam, że wraca na patrol. Że interesuje się miejscem i czuwa.

Poniżej jeszcze kilka zdjęć krajobrazów, cywilizacji, jeziora, wnętrza namiotu.











niedziela, 21 września 2014

Miłość przodków naszych. Pawlikowska - Jasnorzewska

Czytam jej biografię napisaną przez Samozwaniec, jej siostrę. Obie były niezłe agentki. To że Pawlikowska-Jasnorzewska miała trzech mężów to wiedziałam. To że jej podwójne nazwisko to nazwisko męża nr 2 i męża nr 3 - to wiedziałam. Ale że one obie to kręciły z facetami równo - to nie wiedziałam, że aż tak.

Powaliła mnie historia z lotnikiem. Trzeci mąż to też lotnik, ale to nie ten, to taki jeden lotnik przed nim, co się akurat nie załapał na męża.

Akt pierwszy - "wzloty"
Pani Maria, stanu lokalnie wolnego (po pierwszym albo po drugim rozwodzie, nie pamiętam), zobaczyła zdjęcie w gazecie, facet jej się spodobał. To jakiś sławny lotnik był. Napisała list do redakcji z prośbą o przekazanie lotnikowi. Czekała na odpowiedź. I odpowiedź nadeszła, lotnikowi list się spodobał, a i kobieta, która go pisała, zafascynowała go. Od słowa do słowa, od listu do listu, zaczął się płomienny romans pocztowy. A potem Pani Maria pojechała do Paryżewa, żeby się spotkać z lotnikiem. Powiedzmy sobie jasno i wyraźnie, nie w celach platonicznych. Spotkali się, zobaczyli, przypadli sobie do gustu, zamieszkali razem w hotelu, gdzie zameldował ją jako żonę, sielanka. Sielanka trwała do czasu, aż do drzwi pokoju,  kiedy Pani Maria była sama, bo kochanek wyszedł, zapukała.... prawowita żona lotnika. Kochająca i zrozpaczona
Po dramatycznej scenie, gdzie obie panie były i zrozpaczone i kochające i pełne, o dziwo, zrozumienia dla siebie nawzajem, Pani Maria opuściła pokój, zostawiając w nim prawowitą żonę. Przeniosła się do innego hotelu.

Akt drugi - "upadki"
Nazajutrz lotnik zjawił się w pretensjach, że przecież tylko ją kocha i jak mogła tak odejść, a żona, och, żona jest nieważna, jest z nią tylko z litości, bo biedactwo tak go kocha, że jeszcze gotowa zrobić jakieś głupstwo. Lotnik kocha tylko Panią Marię, i jutro do niej przyjdzie. Maria uwierzyła. I nastąpiło płomienne pogodzenie.
Jutro... nie przyszedł.
Przysłał list, że coś przeszkodziło, ale zaraz jak tylko to rozwiąże to on natychmiast... List był tak pełen miłości, że Pani Maria uwierzyła.
Domyślacie się....
Lotnik nie przyszedł. Pani Marii zaczęły się kończyć pieniądze, przeniosła się do tańszego hoteliku, ale czekała, wierząc. Listy były coraz rzadsze a "jutro" coraz odleglejsze, Pani Maria oszczędzała na jedzeniu i zmieniała hotele na coraz tańsze. Wreszcie listy ustały zupełnie, a jej całkiem skończyła się kasa, więc wróciła z Paryżewa do domu, gdzie położyła się do łóżka zabrawszy tam sporo dobrego jedzenia i zamknęła drzwi by w spokoju płakać.

Akt trzeci - "historia kołem się toczy"
Gdy tak snuła się po kątach jako ten wrak człowieka, to przypomniał jej się czterowiersz. Ten, co go już na blogu wpisałam, a autorka biografii przytacza go w tej, bardziej uczuciowej formie:

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
czyjąś miłość i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to - to jest bardzo mało...


Piękny, prawda? Mnie porusza. Ale, ale.... zwróćcie uwagę: przypomniał jej się. Bo napisała go wcześniej. Dla innego pana... Ups.

Oklaski!
Kurtyna!

---

Książka nazywa się "Maria i Magdalena" autorstwa pani Samozwaniec. Napisane fajne rzecy i w fajny sposób, dobrze "się czyta". A jakby kto narzekał na zepsucie obyczajów, i że kiedyś to ludzie tacy rozwiąźli nie byli - to niech przeczyta koniecznie. Zdejmuje łuski z oczu. A nie można się oderwać od lektury.