---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 7 stycznia 2013

fioletowe drzewa


jackarandy (czytaj: dżakarandy)

Cała fioletowa korona i czarny pień. Najpierw wypuszczają masowo kwiaty, dopiero potem liście. Stąd ten efekt absurdu, jakby drzewo było z innej plany.


Jak wyjeżdżałam z Sydney do Cairns przed grudniem, to dopiero zaczynały kwitnąć, ale nie w Górach Błękitnych, czyli moim bazowym miejscu, tylko kwitły w mieście, gdzie cieplej. To się nie naoglądałam, tyle co z samochodu w drodze na lotnisko. W Cairns nie było, bo za ciepło, tam były podobne czerwone, o których już ze dwa razy pisałam, też śliczne. Jak wróciłam z Cairns to już było po jackarandach w Sydney. W Błekitnych nie zauważyłam ani sztuki. Ale niespodzianka spotkała mnie w zimniejszym Melbourne. Tu jeszcze kwitną. Już mają liście, ale nadal są absurdalnie fioletowe. I śliczne. Tak, że nawet fioletowa jest ziemia pod nimi, gdy gubią kwiaty.







Z ostatniej chwili - Canberra

Jestem w Canberze. Od jakiejś godziny.

Kumpel dowiózł na obrzeże i wsadził w publiczny autobus.
Autobus dowiózł do centrum.
Dłuższy czas szukałam przystanków dalekobieżnych - miasto jak miasto, ulice jak ulice. Tradycyjnie - nikt nic nie wie, "ja nie stąd", "ja stąd, ale nie wiem", a przystanku nie widać tam gdzie mi kierowca powiedział, że będzie. Siadłam sobie na ławeczce, postawiłam ciężki plecak i się rozglądam. Ani toalety, ani przystanku. Typowo. Nadal się rozglądam. W końcu jakaś miejscowa miła pani powiedziała kawałek daje jest i toaleta i naprzeciwko informacja dla miejscowych busów, ale miejscowe busy będą wiedziały gdzie są busy zamiejscowe.
Dobrze że podeszłyśmy kawałek, i pokazała mi jak wygląda publiczna toaleta - bo - jak to w podróży - kibelki w różnych częściach świata się mocno różnią i można nie poznać. Tu jest to blaszany barak wielkości kiosku ruchu, z gładkiej blachy, bez klamek i z bardzo dyskretnymi napisami - minęłabym jakby mi nie pokazała.
W informacji autobusowej miły pan zagrzebał w komputerze, po czym powiedział:
- Już wiem, pokażę ci. - I wylazł zza kontuaru aż na ulicę by mi dobrze wskazać. Bardzo mi miło. Lubię tą troskliwość i uprzejmość, która tu w Australii jest normą.
Podeszłam kawałek pod budynek i.... zorientowałam się, że to pod tym budynkiem siedziałam na ławeczce! Tylko poczekalnia autobusów była jedne drzwi dalej. To że ja nie wiem - to ja jestem przyjezdna. Ale jeśli miejscowi mijają obok i nie widzą? Pół biedy że nie wiedzą, mogę to zrozumieć. Ale jeśli oni też nie widzą, a są tu dłużej i lepiej przecież orientują się jak tu wszystko działa - to naprawdę można pozbyć się kompleksów początkującego podróżnika. Ewentualnie może można zatrudnić się jako specjalista od szyldów?

A potem miałam gigantyczne szczęście.
Podeszłam do pierwszego stanowiska. Potem okazało się że było to stanowisko jedynej linii autobusowej która prowadzi autobusy tam gdzie chcę. Kobitka znalazła jeden autobus za trzy godziny, ostatni tego dnia. Powiedziała że trzeba rezerwację, zadzwoniła, spytała o cenę, cena znakomita, spytała o  miejsce - jedna osoba - tak jedna osoba - jest miejsce. Jedno. Ostatnie.....
:-)))
Zamówiła dla mnie, po czym....zaczęła zamykać stanowisko. Na moje ździwienie powiedziała że pracuje do pierwszej po południu i zamyka, żeby zdążyć na swój autobus. No tak, było już 5 po. Zdążyłam w ostatniej chwili.

W pozostałych okienkach odesłali mnie do tamtej linii co się zamknęła, bo tam będą mieć, a tu nie prowadzą. Ok.

Powędrowałam jeszcze na przystanek, żeby wiedzieć skąd mam wsiadać. I tu następna szopka. Dochodzę do końca ulicy gdzie ma być przeszklone coś i przystanek. Chm.... Pusto, głucho, napisów nie ma. Jest przeszklony przystanek - kompletnie bezimienny. Pytam kobitek z przystanku - właśnie wysiadły z autobusu tej linii co potrzebuję. Znaczy ciepło, ciepło, to gdzieś tu. Rozglądam się jeszcze raz, na spokojnie - jest. Kartka mniejsza niż A4, przybita na słupku parę metrów dalej. Szyldu nie ma, ale jest rozkład na kartce i podpisane że mój przewoźnik. Mój autobus też jest wymieniony. Uff...

 Co prawda nadal wygląda na to że utknę w Coomie, ale grunt że nie w Canberze. Przyjadę i będę pytać o dalsze możliwości, zobaczymy. Pierwszy raz jadę na dzikusa, a jest ciepło, to bezpiecznie czekać. Najwyżej będę stać i łapać stopa. Łatwiej z Coomy niż z wielkiej Canberry.

Proszę trzymać kciuki. Będzie mi potrzebne. Nie tak łatwo zdobyć Kozi - jak tu nazywają Górę Kościuszki, bo nie potrafią Kościuszki wymówić. (wychodzi Kozjuzko). A góra podobna do Błękitnych - czyli też płaskowyż z dolinami. Ale co tam - najwyższa góra, to mnie ciągnie. Pierwszy szczyt z mojej Korony Ziemi.
Proszę trzymać kciuki, na razie świetnie idzie.



niedziela, 6 stycznia 2013

Czarne łabędzie. Oraz POSUMY.


Naprawdę. Takie tu mają. Na zdjęciu widać trzy. A dzióbki mają takie czerwoniutkie, jak plastikowe. FAjne zwierzaki.

A dwa dni temu widziałam posumy. Wreszcie. I porobiłam im zdjęcia. Taka duża szara wiewióra, z białym brzuszkiem. Albo trochę jak szczur a trochę jak kot, bo szczupłe, włochate, na ogonie też, a ryjek szczupły i szpiczaty. Zobaczcie. Ten konkretny siedzi na drucie z prądem, jakimi tutaj typowo dostarcza się prąd od słupa do domu i jakich tu pełno. Są to autostrady dla posumów. Niezbyt bezpiecznie dla nich, ale często tak łążą. W naturze łażą po konarach.



 Na zakończenie: scenka rodzajowa (personalia i miejsca zmienione)

Jedzie sobie znajomy australijski polak samochodem po australijskim miasteczku. Jedzie powoli. A obok jedzie taksówka, i zwalnia, a kierowca mu się badawczo przygląda. Trwa to dłuższą chwilę, samochody jadą obok siebie, bardzo to podejrzane czemu ta taksówka tak dziwnie jedzie, i czemu ten facet tak się przygląda -  znajomy już się nieco zdenerwował. W końcu taksówkarz otwiera okienko i krzyczy:
- Hej, ty! Mieszkałeś na Żoliborzu?
Znajomego zatkało... Rzecz dzieje się w australijskim miasteczku, kilka lat po emigracji, a tamtego gościa z paszczy nie rozpoznawał.
- Mieszkałem!
- To podaj szybko numer telefonu!

I tak się rozpoczęła długoletnia miła znajomość obu panów :-) Znaczy zaczęła się parę lat wcześniej na Żoliborzu. Ale tam była powierzchowna, a tu się rozwinęła i to bardzo.
 Ileż to na świecie niespodzianek.

Koniec scenki rodzajowej.

Siedzę na lotnisku w MElbourne, jadę co Sydney, a zaraz rano jutro jadę połowę tego dystansu wstecz, do Canberry. Kilkaset kilometrów. Dlaczego tak prawą ręką do lewego ucha? Bo tak jest taniej w weekend. Generalnie to Sydney ma tanie połączenia wszędzie. Taniej mi z MElbourne do Sydney, niż do Canberry. Mimo że Canberra jest dużo bliżej. Canberra jest w połowie odległości do Sydney. Taniej mi przez Sydney. No co ja poradzę, że to tak jest?

Miło wspominam pobyt w Melbourne. Bardzo odpoczęłam, dużo zobaczyłam. Samemu i bez samochodu trudno się zwiedza Australię. Gospodarze mi dużo pomogli, pokazali, powozili, odkarmili, pogadali, poradzili.  Zdjęć mam mnóstwo, sporo już powiesiłam, jeszcze może trochę powieszę, a może już będę wieszać Canberrę i pobliskie Góry Śnieżne. Zobaczymy. Proszę trzymać kciuki za Kościuszkę, znaczy za jego górę. Jutro mam szansę dotrzeć do podnóża. Publicznego transportu z Canberry nie ma, ale porozglądam się za czymś prywatnym. Trzymajcie kciuki, bo pierwszy raz jadę w rejon, gdzie mi grozi autostop. Na szczęście to tylko 200 km i jest to chyba najbezpieczniejsza i najlepsza okolica do jeżdżenia stopem. Nie za gorąco, dobry klimat i nie umęczy mnie pragnienie, oraz nie za długo, mały dystans. I bardzo uczęszczany - w dużej mierze dzięki kolejce krzesełkowej na górę. (Poniżej 50 dolców, mam zamiar skorzystać) Trzymajcie kciuki, przyda mi się - bo nadal nie wiem jak dotrzeć z Canberry te 200 km w Śnieżne, pod Kościuszkę.

Siedzę na lotnisku. Czekam na otwarcie bramki, jadę tanią linią.... i .... nic. Powinna być otwarta 20 minut temu, lot za 6 minut teoretycznie. Bramka zamknięta na głucho, ludzie czekają, informacji zero, zapowiedzi zero, ani wyświetlacza, ani kartki. Słońce powoli zachodzi, to pewnie nici z moich zdjęć lotniczych.... Chm... Coś zapowiedzieli, ale nie zrozumiałam. Lekkie poruszenie na bramce, ale nadal drzwi zamknięte. Cóż... O! przeszli piloci. Znaczy może polecimy. Dobrze.

Teoretycznie lecimy od trzech minut....

Otworzyli bramkę. Słońce już zaszło....

Trzymajcie kciuki za Kościuszkę.


sobota, 5 stycznia 2013

owoce tropików: paw paw, melon, duże zielone kolczate

 
Duże zielone i kolczate

Zobaczyłam owoc w sprzedaży i trochę się bałam kupić, bo nie umiałabym wybrać, który dobry, ani nie wiedziałabym jak jeść. Spróbować udało mi się w nieco dziwnych okolicznościach:

W Cairns co parę dni odbywa się targ owoców i warzyw. Nie lubię targowisk i zbiegowisk, ale liczyłam na to że jakieś egzotyczne owoce zobaczę, bo w supermarketach to podobno zaopatrzenie kiepskie, a tam lepsze. Moja niechęć do zbiegowisk sprawiła, że udałam się tam dopiero pod koniec mojego miesięcznego pobytu. Faktycznie tłoczno, to było pierwsze wrażenie. Owoców nie aż tak dużo, tych egzotycznych, ale faktycznie więcej. Ceny dobre, ale nie cudne. Natomiast cudne było to że często wystawiali kawałeczki owoców w miseczkach do spróbowania. Dzięki temu mogłam się przekonać o smaku takich czy innych mango, albo melona.

Zagłębiłam się w targ, patrzę po straganach, owoce, owoce, warzywa, owoce, biżuteria, soki owocowe, kiecki, owoce… O!!! Stoi miseczka z kawałkami zielonego kolczastego, co go chciałam spróbować! Super. Nachyliłam się, zapachniało ładnie, wybrałam sobie mały kawałek, i kiedy cofałam rękę w owockiem zobaczyłam wbite we mnie zszokowane spojrzenia dwu facetów przy tym straganiku. Zamarłam. Coś zrobiłam nie tak, tylko co?
- Czy ja to mogę wziąć?
- No – westchnął facet, i wyraźnie zły powiedział – teraz już możesz, bo dotknęłaś.
Coś mi zaczęło świtać. Co prawda panowie stali przy stoisku z sokami, gdzie mieli pokrojone owoce, i logiczne że można spróbować zanim sok zrobią, ale… ale oni stali coś bardziej z boku…
- Myślałam, że to sprzedajecie.
- NIE. To jest mój luch. – powiedział ten niezadowolony.
Przeprosiłam panów jak najdokładniej. Dopiero po jakimś pięciokrotnym powtórzeniu, jak bardzo mi przykro, zeszło im napięcie. A ja się ucieszyłam, że nie mam zwyczaju pchać się na chama po największy kawałek, i że wzięłam taki mniejszy. Myślę, że jakbym mu porwała największy, to by się tak łatwo nie udobruchał.

A głupio mi było i tak.

Jako że prawie cały targ już przeszłam, dałam dyla do hostelu. Dość mi było egzotyki na ten dzień. Jak się zwiedza obce kraje to dobrze mieć albo przewodnika (człowieka) albo przewodnik (książkę, i to renomowaną książkę, a nie pierwszą lepszą) – żeby takich wpadek uniknąć. Ja nie planowałam zwiedzania Australii samodzielnie i widzę tearz jak mocno jestem nieprzygotowana. Koniec języka za przewodnika jest świetną metodą, ja lubię rozmawiać, a hostel becpackerski jest świetnym miejscem, żeby zdobyć informacje - ale to po prostu i zwyczajnie trwa, zwłaszcza, że jak usiłuję zrozumieć angielski, to jednak bolą mnie ręce (od mówienia)… A najgorzej jest z rzeczami oczywistymi – bo oczywiste rzeczy przecież wszyscy wiedzą, prawda? Wszyscy wiedzą, tia… Trochę jak z dojeniem krowy. To podobno autentyczna historia z krową. Miastowe ludzie sobie kupiły domek na wsi i do kompletu krowę. I jak trzeba było wydoić, to się okazało, że nie bardzo to idzie. No, to poszli do sąsiada po instrukcję:
- Możesz nam powiedzieć jak się doi krowę? – Sąsiad popatrzył zdziwiony.
- Normalnie. – Odparł wzruszając ramionami.

Tu też wszystko jest normalnie. Jak to w Australii. Normalnie. Orion na głowie, upały w styczniu, śnieg w lipcu, a 200 kilometrów to bliska wycieczka, góry mają płasko na szczytach i po szczytach się jeździ samochodem,w doliny nie da się zejść, z zwierzęta mają młode w torbach, a równik i gorąco i słońce w ciągu dnia jest… na północy (tak, na północy). No, normalnie, nie?


Wracając do owocu.
Kawałek zjadłam, niezłe, trochę słodkie, trochę kwaśne, ale ogólnie niezbyt wyraziste, a zdaje się, że to był dorodny i udany egzemplarz. Mogę zjeść dla urozmaicenia, ale żebym miała szczególnie do tego owocu wracać, czy na niego polować – to niekoniecznie. Jeżeli już, to tylko z kimś, kto się zna i umie wybrać. Ale jak trafię na kogoś kto umie, to chętnie doświadczenie powtórzę.




Melon

Melon, jak melon. Dobry, podobny w smaku do europejskich, miąższ bardziej czerwony i wyraziście słodki smak, lepszy od najsmaczniejszych jedzonych w Polsce. Ale... Zdarzyło mi się kiedyś zjeść dwa melony w Azji. Jeden był marny, jak przeciętny polski, a drugi… cud miód. Jeden z najlepszych jakie jadłam w życiu. Australijski smakował trochę w tą stronę, ale aż taki dobry to on nie był. Ale generalnie dobry. Jeśli się ma dostęp do dobrych melonów, warto sięgnąć po ten owoc.

Melona kupowałam w supermarkecie. Pomagała mi wybrać Australijka.Zpytałam ją:
- Pierwszy raz kupuję w Australii melona, możesz pomóc mi wybrać, bo nie wiem czy ten jest dobry?
Pani obejrzała mój melon, powąchała.
- Niezły, ale może znajdziemy lepszy. – Pogrzebała, odrzuciła następny, następny, odrzuciła, następny…- Ten. Powąchaj, on dobrze pachnie.
Faktycznie pachniał słodko i miło. I tak smakował. Australijczycy są bardzo uprzejmi, wielokrotnie tego doświadczam. To fajny kraj.






A teraz: 

Pow pow – o ile dobrze zrozumiałam: papaja.

Słodkie. I niewiele więcej. Trochę czuć charakterystycznego delikatnego aromatu, który jest też w papai suszonej, dostępnej w Polsce. Głównie dlatego rozpoznałam owoc, bo jak kupowałam, to nie byłam pewna, czy to papaja czy jakiś inny wynalazek. Taaaak, ta podróż to niezła przygoda. Ale przecież trującego owocu by w supermarkecie nie sprzedawali, prawda? Czułam się w miarę bezpiecznie kupując zapakowaną połówkę owocu, który pierwszy raz widziałam na oczy.Wiedziałam że nie będzie zepsute, ani trujące, bo by strzegali. Wygląda w środku podobnie do powyższego melona, gdzieś mi zawieruszyły się fotki, miąższ pomarańczowy, ciemny, pestki ciemniejsze niż u melona, wręcz czarne. Fotka poniżej papai na drzewie, niezbyt urodziwy egzemlarz, bo ma jakies plamy. Wielkość mnie więcej jak dwie dłonie.

Zdecydowanie wolę papaję suszoną. Ma bardziej skoncentrowany smak.

Nie bez powodu nie typowano tych trzech owoców do najlepszych owoców świata. Dobre, można zjeść ze smakiem, ale żeby jeść to często – to niekoniecznie. To nie to co czereśnie, pomarańcze i lichi (moje ulubione) – czyli zupełnie inna klasa owocu, mniam.

piątek, 4 stycznia 2013

dawny most kolejowy

Kiedyś tym mostem jeżdził pociąg. 

Wszystkie paprocie na zdjęciach to paprocie drzewiaste, ładne prawda? Pierwszy raz widziałam pijawkę górską. Tu jest ich dużo, ale mnie nie dopadły. Pijawka jak pijawka. Podobna do naszych. Lubi włazić po butach pod nogawkę, albo spadać z drzewa. Nie czuje się jej za zwyczaj. Ludzie pisali w necie że jak zwiedzali to mieli problem - ja pierwszy raz widziałam pijawkę na skarpetce Pharlapa (dla niewtajemniczonych: Pharlap to nick blogera, który był uprzejmy zaprosić mnie do siebie, skoro przyjechałam do Australii. Bardzo mi miło.) Szła na nas trójka, a pijawka była raptem jedna i mała. Mam szczęście - i że spotkałam i zobaczyłam, i że problemu nie było. 

Na zdjęciach las południowej Australii. Uwaga na kierunki - południowej czyli zimnej, tej blisko bieguna. Zimnej, czyli z szerokością geograficzną mniej więcej jak Włochy. Są sosny - a w Cairnsie blisko równika nie było. Ale są i drzewka cytrusowe i czasem palmy (i eukaliptusy). W Cairns były głównie palmy (i eukaliptusy).

Wodospady w Australii są rzadkością, ale tutaj były.

Mięśnie po koniu już mi trochę przeszły.... Ale mnie bolało, nawet plecy!







Po drodze nad rzeczką.

Jachty w Melbourne.

Panorama zatoki melbourn'owej. W Sydeny'u to jest dużo zatoczek, mniejszych i większych. W Melbournowie jest jedna wielgachna.

czwartek, 3 stycznia 2013

FARMA koło Melbourne

Oto obiecane zdjęcia na koniu. Góry, jak widać przpominają Sądecki, tutaj, koło Melbourn, wreszcie góry wyglądają jak góry, a nie jak poprzecinany wąwozami płaskowyż, co jest najczęstszą wersją w Australii.



Czym się różnią te góry? Zwierzęta i rośliny są inne. Eukaliptusy trochę przypominają wierzby. Wreszcie pojawiły się sosny, ale inny gatunek niżnasze bo trzy igły w pęczku mają, nasza sosna zwyczajna ma dwie i ma mniejsze szyski. 

Krowy mają inne. Z rzadka można zobaczyć nasze zwykłe łaciate krasule - one są mleczne. Natomiast typowo to są tu takie mniejsze i bardziej kościste krowy, jak na zdjeciu poniżej zdjęcia łaciatych: czarne, ewetualnie brązowe, zwlaszcza w cieplejszych rejonach. One są mięsne. I takich tu większość. Jak pierwszy raz zobaczyłam te kościste krowy to myślałam że chore, bo takie chude, ale przyjrzałam się że sierść lśni, oko błyszczy, to zapytałam i potwierdzili mi że to po prostu inna odmiana. Zdjecia krów niżej:



I jeszcze trochę widoczków sielskich anielskich z tych górek. Końcowe zdjecia są z zachodu słońca - nieskoszone trawy falowały na wietrze jak morze, lśniąc w słońcu i... roznosząc gigantyczne ilości pyłku, zabójczego dla alergików.....  Zdjęcia wyszły, śliczne, co tam astma, co tam pyłek, umrę, ale sfotografuję.






środa, 2 stycznia 2013

galopem w Nowy Rok

Dosłownie.

Wsadzili mnie na konia w Sylwestra (sama chciałam), pooprowadzali na lince, odpięli linkę, pooprowadzałam konia sama - pierwszy raz w życiu. A w Nowy Rok - zabrali w teren. Góry - łagodne pagórki, trochę jak Sądecki, trawy złote, słońce, kolory, dość ciepło i galopowałam! Galopowałam! Ale było fajnie!

Dziś boli mnie wszystko, nawet takie mięśnie, co co prawda oglądałam w atlasie anatomicznym i wiem gdzie są, ale jeszcze nigdy mnie nie bolały. Chodzę jak paralityk.

I tak było super.

Zdjęcia na koniu (zrobili mi, dobrzy ludzie) i tych gór, prześlicznych - będą niebawem.