---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

czwartek, 6 września 2012

już dobrze

Cokolwiek kotu było - już mu przeszło. Na szczęście.

Swoją drogą pobieranie moczu do analizy od kota to niezła zabawa...


wtorek, 4 września 2012

zaczęło się

No  i się zaczęło. Chyba moje zwierzątko ma kamicę...

Wróciłam z wyjazdu, przywitałam kota - a on jakiś taki brzuszek miał wielki. I to nisko, blisko pupy. Zwróciło moją uwagę, bo jak najedzony to jest gruby w połowie tułowia, a tu było dziwnie nisko. Ale co tam, nie zastanawiałam się dłużej, zdjęłam plecak, wstawiłam herbatę. Kota na kolana - a kot w miauk i się wyrywa. Chciałam pomóc zejść z kolan, a ten zsunął mi się z ręki i uderzył brzuszkiem o moje przedramię - i miauknął boleśnie. Opiekunowie na to: "a tak, on ostatnio pomiaukuje, zwłaszcza jak coś przy pupie się dotknie". No pięknie....

Kot zwiał, ja na razie się zajęłam kolacją. Nie muszę przecież w 10 minut po wejściu do domu rozwiązywać wszystkich problemów, mogę chwilę odpocząć i pomyśleć. Poszłam puścić wodę do kąpieli - w kuwecie widzę świeże kocie siku,  ogromne -  objętość jak z trzech dni, i ciemne. Sprzątnęłam. Zdziwiło mnie, że takie duże, ale wtedy jeszcze nie skojarzyłam faktów. Myślałam, że może to jeszcze po podróży - w końcu dzień wcześniej kot też jechał spory kawał. Może nie sikał z wrażenia, czy nerwów.

Skończyłam kolację, poszłam się kąpać i widzę.... nowe siku. Wielkie, znów objętość jak z trzech dni. I tym razem już jasne. I wtedy skojarzyłam. Poszłam obejrzeć koci brzuch: był mięciutki. Aha....

W środku nocy było siku trzecie, też duże - to absolutnie nie jest prawidłowa ilość u mojego kota. Zadzwoniłam do weta.

Od słowa do słowa, podygałam z kotem pod pachą przez miasto. W badaniu kot ok - co sama wiedziałam, że cokolwiek mu był,o to już mu ulżyło. I dostałam żwirek diagnostyczny - w celu pobrania moczu kota. Taki żwirek to nic innego jak czysty silikon, nie wchłanialny, w kuleczkach. Można wziąć piasek i umyć i podobno też działa - ale nie mam tu w mieście skąd wziąć (paranoja takie miasto, nie?).

Na razie żwirek wsypałam do kuwety, i czekam. Mało go strasznie (a kosztuje 20 zł, złoty interes). Kot jeszcze nie sikał. Zobaczymy czy raczy. Czekam, czekam.....

środa, 8 sierpnia 2012

Mysz! Mysz!

 Żeby nie było że nie piszę o kocie - stan na wczoraj: 71 myszy.
A miesiąc temu było 44.

A i tak, jak dziś pracowałam sobie hamaczku w lesie, to przebiegła koło mnie, beszczelnie, mała czarna mysza, chyba rzęsorek. (O rzęsorku, jedynym jadowitym ssaku polskim, napisałam na Ciekawej Medycynie, tu proszę link.)

Mimo tak dzielnie pracującego kota, nadal grasują sobie swobodnie blisko domu! A wiecie jak potrafią poniszczyć jak się zalęgną? Potrafią nawet meble tak zniszczyć że będą do wymiany. Będę kotka hołubić i nawet zniosę to, że mnie bydlak budzi w nocy miaukotem, nieco stłumionym przez mysz w zębach, którą właśnie przyszedł się pochwalić. Na ogół budzi o świcie, i powoli wchodzi mi w nawyk spanie na dwie raty. Poświęcę się, trudno. Mgły nad rzeką o świcie są tego warte, a od bólu głowy z niewyspania - to sobie kupiłam tabletki. Niech poluje, i trudno - niech budzi.

wtorek, 7 sierpnia 2012

LINA ŁOWI SIĘ NA KANAPKĘ

Tak, lina łowi się na kanapkę.
Ale nie zakłada się jej na haczyk! Nie, chodzi o to, że jestem "dziecko śródmieścia" i jak nie dzieje się dużo i szybko to czuję się nieswojo.

A lin bierze powoli. Po cichutku. I jeszcze, jak spory, to odstraszy inne ryby. I nic się nie dzieje. I siedzę, siedzę i nic się nie dzieje. I nic nawet nie skubnie.

I wtedy należy zjeść kanapkę.
Powolutku.
Zarzucić wędkę i zostawić ją w spokoju. Zająć się jedzeniem. Nie gmerać w tej wodzie. Nie poprawiać. Nie zarzucać jeszcze dodatkowo i jeszcze raz.

Nie macie pojęcia jak taka kanapka dobrze działa na ryby.

I żeby było jasne  co chodzi z tym "dzieckiem śródmieścia" - ja nie mam żadnego ADHD. Ja po prostu przywykłam do życia w dużej ilości bodźców i do szybkiego ich przetwarzania. I dlatego od czasu do czasu  potrzebuję świętego spokoju, takiego jak mam na tu, na rubieży. Dla równowagi. Niemniej - jeśli się nic nie dzieje (ze spławikiem nic nie dzieje albo z innymi rzeczami) - to jakoś mi nieswojo. Nienormalnie. Jeśli będę miała dzieci, to chyba wychowam je gdzieś na uboczu, nie w śródmieściu. Ja sobie nawet nie zdawałam sprawy ze zmienionych przyzwyczajeń śródmiejskich, bo wszyscy wokół działali tak samo szybko. Dopiero kwartał na rubieży, z ciszą, z dylematem: na kolację to budyń czy placki z jabłkiem? (prawidłowa odpowiedź na rubieży jest:: i  budyń i placki), ze świętym spokojem - dopiero to mi uświadomiło że łapanie 10 srok za ogon nie jest stanem normalnym, i że żyje tak tylko (duża) część ludzi. I nie wystarczy tydzień czy dwa żeby się przestawić.I pewnie jeszcze w życiu wejdę w kierat, bo czasem się nie da inaczej. Ale tego,
- że pisząc te słowa patrzę sobie na księżyc,
- tego że grają świerszcze, a z dala słychać szczekające psy
- tego że nad rzeką kłębią się mgły - i że jest to raczej codzienny standard, a nie żadne święto.
- tego że dzisiejszy dylemat kolacyjny rozstrzygnie raczej to że jestem już śpiąca, a nie żadem pośpiech  - bo nigdzie mi się nie spieszy,
- tego że mam takie pół roku gdzie spokój to standard (i ja tu mam pracę zawodową i spokój)
tego nikt mi nie zabierze.

 A na zdjęciu widok z tego samego miejsca, co teraz siedzę i w komputerze piszę. No, zgoda, tęcze nie są zawsze.

To jest pół roku, które zawsze się (oj będzie patetycznie, ale to przez ten księżyc) - zawsze się wpisze spokojem w duszę. Wątpię by udało mi się utrzymać wersję roboty oddelegowanej na kolejny rok. Więc kierat kiedyś pewnie będzie. Ale póki co, mam zamiar najeść się tym księżycem i rzeką i miejscem z bajki. Tak długo jak tylko się sensownie da. Bo wcale nie wiem, czy będę miała kolejną taką półroczną okazję. Ile tylko się da.

niedziela, 15 lipca 2012

Uwolnić krecika

Ostatnio dużo pracuję, bo jak zelżały upały to wreszcie mogę myśleć, i uzbierały mi się zaległości, a termin zleceń tuż tuż. Siedzę i tłukę w kompa. A dla odreagowania...

Znalazłam prześliczną odmianę tetrisa: uwolnić krecika.
( http://www.wyspagier.pl/ucieczka-kreta.htm )

Spadające klocki mają elementy tunelu, i trzeba ten tunel ułożyć, co wcale nie jest takie proste, bo w tych klockach jest dużo więcej ziemi niż tunelu, i często tunelu brakuje. Grafika prosta, bez regulacji i bajerów, a idea tak śliczna!


I żeby nie było, że nie ma nic o kocie:


środa, 4 lipca 2012

Rąbać na siedząco

Rąbałam siedząc. Naprawdę. Jest za gorąco by stać. 
Prawdę mówiąc na rąbanie też trochę za gorąco.

Za to ładnie suszą się chaberki. Opisałam je na Ciekawej Medycynie w odcinku Jedzmy kwiatki: chabry


Ostatnio na czacie zgadało się o Kursie Liderów. Kurcze, to taki dobry kurs! Ja mam tak kluczowo większe poczucie celowości w swoich działaniach - i oczywiście, że to się przekłada na efekty. A nie dawali wykładu, tylko ćwiczenia jak sobie samemu ułożyć. Teraz jest w wakacje i jeszcze raz sobie pojadę. Kot zostanie, opieka już umówiona.