---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

niedziela, 13 kwietnia 2014

Wierzyć w ludzi

Dzień jak co dzień, drobne radości, drobne małe codzienne frustracje.

Poszłam Ci ja do Biedronki, robię zakupy, a że miały być małe, koszyczka pod ręką nie było, to ładuję paczuszki w zgięcie łokcia. Przy cukinii zgrabna górka w połowie rozsypała mi się po podłodze, a połowa została mi na łokciu. Schylić się nie mogę, bo się reszta posypie.

Dzięwczę młode, z wózkiem, spojrzało na mnie bystro. I pozbierało szybciutko graty z podłogi. Popatrzyło na zgięty łokieć, wypełniony produktami.
- Powinnam była wziąć wózek. - Powiedziałam.
Dziewczę położyło moje produkty na cukinię.
- Zaraz pani przyniosę. Niech pani poczeka.
I dziewczę przywiozło mi wózek.

Po prostu było uprzejme.

Boże. Tak po prostu, z życzliwości.

Tyle jest pchania, stukania torbą, przeciskania się z siatami, trukania w plecy, nogi, warknięć czasem.

A ona pozbierała rozsypane zakupy i przyniosła wózek.

Da się.

niedziela, 16 marca 2014

Windowsy 8

Dawno nie pisałam bo dużo się działo.

Działo się z dziedziny międzyludzkiej oraz pracowej. Z międzyludzkiej nie napiszę, bo pisałabym o drugim człowieku a może on tego nie chce? Ujawniać dane osobowe? Informacje o kimś? No i teraz wiecie czemu piszę głównie o kocie... (Kot ma się dobrze)

Zaczęłam też nową pracę. Medyczną. I też nie bardzo mogę ujawniać szczegóły, bo a to tajemnica pacjetów, a to układy z NFZ - i wierzcie mi, to z czym się boryka pacjent przy współpracy z tą instytucją to jest mały pikuś w porównaniu z tym z czym boryka się lekarz. Póki będziemy mieć monopolistę - póty będą nonsensy na nonsensach. I tu zamilczę.

Za to kupiłam sobie nowego lapka. Lapek fajny, tylko stałam się ofiarą Windowsa 8 - ot, nie ma guzika do zamykania systemu.... Poważnie. Działa skrót alt + F4, ale guzik jest tak schowany w opcjach, że doszłam gdzie jest po 2 tygodniach. I i tak używam skrótu jest wygodniej.
Jedyną wyraźnie dla mnie widoczna zaletą "8" jest to że naprawdę szybko się uruchamia. Nie ma tego durnego czekania. Ale rozdłubanie menu i pozmianiae go totalnie, bez jakiś szczególnych zmian w samym systemie - tak że teraz muszę się naszukać, żeby znaleść TE SAME programy i funkcje - to przecież totalna porażka. Po co to? Po co? Ktoś wziął kasę za opracowanie nowego interfacu, czy jak? Bo akurat zmienianie wyglądu i organizacji menu to ostatnia rzecz jaka mi jest potrzebna. Niczemu nie służy a jest upierdliwe.
I cóż, starej Windozy się już nie da kupić na tym lapku co ja chcę, no to się wzięłam i nauczyłam tych paru programów, co używam. Znaczy wejścia do nich, programy są te same. Świata nie zmienię (za bardzo), a teraz już będę sobie radzić również na kompach z "8". Podopatruję się przynajmniej dobrych stron w tym bezsensie.




środa, 4 grudnia 2013

Wielka saszetka

Otwierałam dziś torebkę z mąką ryżową. Była woreczkiem z metalizowanego plastiku, i wyglądała jak wielka saszetka z kocim żarciem. Tak w każdym razie uważał mój kot, który się łasił i zaglądał co tam jest w środku, bo jak taka wielka, to musi być dobra!!!

Zawartość go rozczarowała....


wtorek, 26 listopada 2013

Przygody na bramce

Zła droga, samochód, siedzenie w samochodzie, siedzenie w samochodzie, siedzenie w samochodzie...
Taka to cała tan nasza podróż. I do samolotu.

Odparowuje ze mnie zmęczenie, za to mam niedosyt, że nie zobaczyłam Najrobi. Nikt nie zobaczył, bo przyjechaliśmy późno wieczorem, a w nocy wylot. Dobrze, że mam świeże papaje, bo nie wiadomo co wręczać jako prezenty, nic prawie nie kupiłam, nie było gdzie, ani jak. Raz zatrzymaliśmy się przy dużym sklepie z pamiątkami, taka ichnia Cepelia, ale nic mi się tam nie podobało, głównie durnostojki, a ceny mieli... Oczywiście do negocjacji. Czego nie cierpię. Jeszcze żeby było coś, o co warto by było się targować. Prawie że prosto z samochodu, do samolotu. Tyle co zjedliśmy, przebraliśmy się i jazda.

Pierwszy przelot, czyli z Kenii do Turcji był normalny, ale potem.... Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Na lotnisku, na przesiadce wydarzyła się rzecz, która zachwiała moją pewnością siebie przy przesiadkach. Otóż zmienili bramki - i co, nic wielkiego, powiecie, zdarza się. Ok. Ale nie zapowiedzieli tego. A siedziałam już na bramce, tej gdzie niby trzeba, upewniona jeszcze przez pana w mundurze, że dobrze siedzę. I tak bym sobie siedziała... Nie ogłosili tego na ekranie bramki, nie zapowiedzieli po angielsku!!! Dowiedziałam się o zmianie tylko dlatego, że koło mnie siedział miły Grek, który tak jak ja, leciał do Warszawy. I on to usłyszał. Spytałam jak się zorientował. A, bo powiedzieli po turecku. A rozumie turecki. No, cyrk. Ciekawe ile jeszcze osób się nie zorientuje. Dla ułatwienia dodam że nowa bramka była kawałek drogi. Ale lot solidnie opóźniony, może się zorientują.

I faktycznie, pod koniec czasu do wylotu zaczęli się schodzić ludzie. Podpytałam jak się zorientowali. Były dwa rodzaje: ci co przyszli późno, tuż przed wylotem, to mieli już wyświetlany nowy numer bramki i nawet się nie zorientowali, że był jakiś problem. Druga grupa, czyli ci ze starej bramki, to jak pytałam, głównie usłyszeli jak ktoś po polsku mówił między sobą że zmieniona bramka. Nadal nie było komunikatu na bramce na ekranie, i nadal nie było zapowiedzi po angielsku. Zgroza.

Do Warszawy przyleciałam dobrze, jedyna przykra niespodzianka czekała mnie przy odbiorze bagażu. Był uszkodzony. Zareklamowałam. Swoją drogą nieźle musieli to rozwalić, ja mam kwalifikowany plecak, ze specjalnego, bardzo mocnego materiału. Żeby takie coś urwać.... Urwali mi sprzączkę od pasa biodrowego z kawałkiem pasa. Pas z kordury. Jak oni to zrobili. No i uszkodzili laptopa w środku, który był zawinięty w szmaty, ale jak widać to nie wystarczyło. Reklamację załatwili po tygodniu. Ładnie. Kurier najpierw przyjechał odebrać plecak, a potem, po naprawie odwiózł. No, i dzięki temu mam nową klamrę, a stara już była wyrobiona i zbierałam się ją wymienić. Gorzej z komputerem. Niby został zreperowany, ale parę razy mi się powiesił, pewnie oddam go jeszcze raz do sprawdzenia, czy reperacji, ale wtedy znów mi go zabiorą na 2 tygodnie, a na razie mam tyle roboty, że póki nie wiesza się w trakcie pracy, to chcę wreszcie trochę popracować. Nie widziałam komputera dwa tygodnie, bo się reperował, a to moje główne narzędzie pracy, i byłam jak bez ręki. Zmartwiło mnie, że się czasem wiesza, że nie jest wszystko dobrze, zobaczymy jak to będzie.


czwartek, 21 listopada 2013

DZień siódmy - nadal wracamy



Wstaliśmy jak zwykle bardzo wcześnie. Znowu dzień jazdy po wybojach. Miało być safari, ale padał taki deszcz, że nic z tego nie wyszło. Może jutro przed powrotem do Nairobi coś się uda.

Dotknęłam dziś owocu opuncji. To był błąd. Owoc ma drobne kolce, których się nie da wyjąć, bo wczepiają się w drugą rękę, i całe ręce są umazane w kruchych czepliwych  kolcach.


Nocujemy na kempingu nad jeziorem Baringo. Jest zimno, i jezioro wylało, dlatego nie ciągnie mnie do wody. Nie rozumiem jak w te wcześniejsze gorące dni Hiszpanie nie chcieli do wody, ale oni nie rozumieli mnie, bo krokodyle. Mój Boże, krokodyle. Miejscowych się spytaliśmy gdzie można pływać i zostałam na płytkim, żeby jednak mnie nie zeżarło.

Dziś miałam przez chwilę net, zajrzałam na pocztę, mam sporo wiadomości, w tym mam reakcje na moją relację w telewizji. Podobało się. A ja nie wiem nawet jaki jest adres, gdzie można obejrzeć, ale się dowiem.
(Już wiadomo gdzie oglądać, tutaj opis.)

Dziś było chłodno i zielona okolica. Jakieś niskie drzewa, krzaki, takie z liściami i takie z kolcami i trochę takich z kwiatami. I termitiery. Zrobiłam zdjęcie takiego gniazda termitów w środku, nie wiem co to jest, takie białe jakby kulki, może grzyby, bo można się dopatrzeć jakiejś nóżki.




środa, 20 listopada 2013

Dzień szósty - w drodze.



W nocy jakoś słabo spałam i obudziłam się akurat jak miałam Oriona nad głową. Tutaj Orion jest na górze nieba, a nie nad horyzontem jak u nas. Niedługo potem znów się obudziłam bo zaczęło padać, w szczególności mi na głowę, miałam otwarty namiot, a typu iglo, to lało się do środka. Dzięki tym deszczom nie było tak gorąco w czasie jazdy, i nie kurzyło się tak okropnie jak zwykle.

Dziś po afrykańsku – nie było prądu w hotelu, bo coś siadło z generatorem. Naprawili na szczęście. Chociaż jeszcze pomigało, a ja mam teraz super słabą baterię w laptopie, i w ogóle nie trzyma, to po ostatniej przygodzie i naprawach, gdzie poszło gniazdo od zasilania. Podobno baterie bardzo nie lubią włączania i wyłączania, pewnie dlatego się zużyła, bo niedawno miałam kupioną nową. W efekcie kawałek tekstu mi skasowało i pisałam go jeszcze raz.

Padało od rana. Było nawet chłodno. Chociaż był taki moment, że się ochłodziło do przyjemnych 20 stopni, około, i mi było wreszcie dobrze w letnim ubranku, a kierowca założył polar…

Tańcząca z krokodylami – deszcz nie przeszkodził mi się wykąpać. W sumie nadal było ciepło, no i akurat trafiłam na przerwę w padaniu. Podobno tu jest największa populacja krokodyli w tym jeziorze w Kenii. Grupa Polaków dzień wcześniej się kąpała. Ja uważam Hiszpanów za głupich, że nie wchodzą do wody, a oni mnie – że wchodzę.

wtorek, 19 listopada 2013

Dzień piąty



Dziś na bramce wyjazdowej z parku narodowego spotkaliśmy nowe plemię, które przyszło pohandlować. Śliczni byli, to znaczy ślicznie mieli zrobione włoski. Faceci w takie jakby czapeczki utrwalone gliną i pomalowane na kolorowo, a kobitki warkoczyki pomalowane czerwoną gliną wymieszaną z tłuszczem i zakończone kuleczkami z tej gliny. Bardzo ładne. Plemię nazywa się podobno Turkana, tak jak jezioro Turkana. Częściej spotykaliśmy Saburo, oni mają normalne włosy i bardzo kolorowe ubrania.





Spotkałam dziś kolejną grupę Polaków. Trochę pogadałam i już nie czuję się taka wyobcowana. Następna grupa z Afrykalines, prowadzona przez Grzegorza. Facet mieszka od 14 lat w Kanii i robi safari. Spotkałam też pojedynczego Polaka, który pojechał z jakąś grupą, ale nie wiem jaką, bo mi się zapomniało.

Po południu pojechaliśmy do wioski, tym razem plemię Elmoro, najmniejsze plemię afrykańskie, około 100 osób. Wreszcie się wykąpałam. Nie wiem tylko po jaką cholerę mi asysta, ale Hiszpanie pilnują bezpieczeństwa niesamowicie. Może tak trzeba. Asysta nie pozwoliła mi daleko wypłynąć, gorzej, miałam pływać tam gdzie jest woda do pasa, podrapałam sobie kolano. Podobno tutejsi (a tutejsi mnie pilnowali) zwykle nie umieją pływać. I to stąd. Cóż lepsza taka kapiel niż żadna. Trochę popływałam. Woda chłodna, ale w tym upale to nawet przyjemnie. Nie sądziłam, że coś takiego kiedykolwiek napiszę, lubię zazwyczaj ciepłą wodę.


Dzień zaduszny
Dziś widziałam groby. Wyjechałam na Dzień Zaduszny, a to się akurat trafiło w temacie. Tradycyjny kenijski grób na pustyni to kopiec z ziemi i kamieni. Bez krzyża, bez jakiś specjalnych oznaczeń. Jakby mi nie powiedzieli, to mogłabym na niego wejść i usiąść.