---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wznowiłam pisanie Ciekawej Medycyny, popularno-naukowego bloga. Zapraszam, fajny jest. Wiem, bo sama go napisałam. TUTAJ link.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

sobota, 6 września 2014

Kocie piosenki - odcinek bodajże 4.

Ściągnęłam zdjęcia z Norwegii - i na tym kompie co mam net, to nie mam programów do zmniejszania (trzeba zmniejszyć do netu). A na kompie co se mogę instalować co tylko chcę i mogę zmniejszać, to nie mam netu... To ja już dziś dam spokój Norwegii. Nie będę z dyskiem latać, ino spać pójdę.

Zrobię za to porządek z piosenkami o kotach, bo mi trochę podrzucili.

rewelacyjna kopalnia piosenek o kotach:
 http://www.tekstowo.pl/szukaj,wykonawca,,tytul,Kot.html
Wyszukane dzięki Ewie. (Dzięki!) Z reguły można sobie odegrać wykonanie w prawym górnym rogu, bo na ogół jest podpięty you-tube. Strona służy do wyszukiwania tekstów. Właśnie sobie siedzę i przesłuchuję kolejne. Jednak mam wrażenie, że te polecane imiennie są fajniejsze.

Nie umieszczam linka do "catlovers" - jakie z nich loversy kotów, jak w teledysku posługują się wypchanymi trupkami kotów w celu zamanifestowania swej bezbrzeżnej miłości do tych zwierząt?! Fuj!

A na deser "Bombonierka", G. Turnau i B. Stępniak. Tam są "kocie gry" w tekście i "jak czarny kot kończysz łowy" - odkryte dzięki Ewie (dzięki!)

Ktoś coś widział, coś wie o jakiś kolejnych?

-----
A tu wklejam dotychczasowe:
Nowa piosenka o kotach i podziękowania dla Magdy
"Miasto Kraków" Maleńczuka. A tam: "wszystkie ścieżki znają koty i złodzieje.

 Dwie nowe piosenki o kocie - i podziękowania dla Ewy i Mateusza

Oj kot Pani Matko 
oj kot pani matko kot kot narobił mi w pokoiku łoskot - z Zemsty Fredry

Z deszczu słów kałuże dźwięków - guziczek do odtwarzania jest, choć trochę schowany, bo najpierw są jakie dodatkowe guziczki, a potem reklamówka, ale potem już to co potrzeba.
"w miejskim słońcu na wieżowcach widać dumny cień dachowca taki kot najlepiej wie jak na krawędzi żyje się" 

W moim magicznym domu 
Hanna Banaszak - "Przedstawię Ci Macieja kota, fascynujący z niego facet, całymi dniami tkwi w fotelu i lekceważy każdą pracę, lecz niewątpliwą ma zaletę gdy spływa wieczór granatowy: on słodko mruczy wprost do ucha najbardziej senne bossanovy."  Uwaga, wersja druga, gdzie spadają kapcie tutaj 

Tańczące Eurydyki 
"...Rzeka śpiewa pod mostami,
tańczy krzywy cień latarni,
o rozwarte drzwi kawiarni
grzbiet ociera czarny kot." i

"...a wiatr tańczy ulicami,
wiatr kołuje jak pijany,
mgły rozwiały się jak przędza,
został tylko (został tylko) czarny kot".

Listonosz Pat (Pat i Kot,  dobranocna)

Czarny kot Okudżawy i w wykonaniu Sławy Przybylskiej, (to ta sama piosenka).

Czarny kot Alibabki

Blues czwarta rano
Martyna Jakubowicz - "zakochany sam w sobie księżyc do niego modli się kot" 

Gadu gadu nocą
Ludzkie gadanie - Rodowicz: "..gdzie kot w rękawiczkach czeka na mysz.. 


Ciotka Matylda 
Ballada o ciotce Matyldzie - Grupa pod Budą: "..ciotka Matylda cała w papilotach ma rozpieszczonego kota", "..ciotka Matylda ma koronę z papilotów i pod pachą taszczy kota, przecież biedak nie mógł zostać całkiem sam..."
 
Zły niż 

Wolna Grupa Bukowina: - "Jumbo jet opóźnił lot, myszy dziś nie złowił kot..."

Gdy mnie kochać przestaniesz to powiedz -
w połowie "a pod stołem kot się łasi"

W marcu nad ranem -
w refrenie: "na oknie głowa kota, jak wielka furażerka, pilnie słucha, co dzieje się w sieni"

Malutkie żuczki kocha Bóg - i tu nie mam you tooba, ale mogę wrzucić własny dźwięk, ino, że nie umiem wrzucać dźwięku.
"malutkie koty kocha Bóg, od zguby chroni je. A jeśli koty kocha Bóg, to kocha także mnie"

Nieśmiertelny Wlazł kotek

Grzyby do drugiej na ranem.

Windowsy 8 nie są takie złe. Od czasu jak kolega z roboty powiedział mi, że sobie można ściągnąć mały sprytny programik, który to cholerne kafelkowe badziewie przerabia na stary wygląd - to wręcz mi się podobają. (dla nie posiadających windy 8 - ten nowy Windows ma kafelkowe menu, takie jak do ekranu dotykowego, paskudne w obsłudze myszką). "8" uruchamiają się naprawdę szybko, a dzięki tej sprytnej nakładce mogę wszystko szybko i sprawnie znaleźć, bo wreszcie ekran wygląda normalnie.

Jakby jeszcze taka nakładka do Worda była... Bo tam też nowa wersja jest kafelkowa, fuj, i też pozmieniali układ. Nie zmieniając treści. Po cholerę poprawiają dobre? Może dobrze, że chociaż treści nie zmieniali...

Rozpakowuję plecak, piorę ciuchy z wyjazdu, i z przed wyjazdu - przed wyjazdem miałam mało czasu. Dobrze, że moi mieszkający razem byli akurat w domu, gdy wróciłam. Miałam pół plecaka grzybów i ryb (ryby dzięki hojności moich nowo poznanych Polaków). Grzyby trzeba było pokroić i wstawić do suszenia i duszenia. Dzięki pracy na 6 rąk jak zaczęliśmy o 23, to skończyliśmy już o wpół do drugiej. Siedzieliśmy i kroiliśmy kolejne miski, kolejne miski, kolejne miski... Sama bym siedziała do rana....

Cały dom prawdziwkami pachniał - one w suszeniu mają taki niesamowity aromat! Reszta poszła do duszenia, oprócz rydzów - z tych od razu odpaliłam dwie patelnie. Rydze najlepsze są smażone na maśle, beż żadnych wymyślnych dodatków. Pycha. Zdjęcia mam, ale zgram potem. Nie chce mi się ruszyć d z wyrka, a i jak ruszę, to najpierw rozwieszę pranie, ono nie może poczekać.

Makrele poszły do pieczenia, i dziś trzeci dzień jemy sałatkę makrelowo-jarzynową - pycha! Jednak do tych wędzonych w sklepie to coś dodają, jakiś konserwant czy cuś. Inny smak miało. I co dziwne, zwykle makrela kojarzy mi się z rybą tłustą - te moje były chude, wręcz trochę suche - co w sałatce się nawilgacało i smakowało, ale taka "goła" makrela to była zaskakująca i inna niż "zwykle".

Trafiłam na wysyp grzybów w Norwegii, po słonecznym, gorącym i suchym, niesamowitym, jak na Norwegię, lecie. Prawdziwki rosły na trawnikach, na bagnach, na ścieżkach, w lesie, na łące, przy szosie, przy byle jakim drzewku, przy byle każdym lasku (byle blisko wody), przy namiocie, pod nogami, aż strach było iść się wysikać. Po 4 dniach jedzenia grzybów na okrągło trochę już mi się znudziło...


Ryby w Norwegii

- Bo wiesz, w internecie piszą, że tu ryb nie ma! Że nie mają wcale po dwa metry i nie wchodzą same na patelnię! Na blogach tak piszą! - rozgulgotał się mój znajomy, przemiły Polak, cytując jeden z ostatnich odcinków mojego bloga. Fakt, nie łowiło mi się. Choć słyszałam piękne bajki.
- Ja Ci pokażę ryby! Pojedziemy na fiord, i zobaczysz! W morzu się łowi! W jeziorze to małe, ale w morzu to są prawdziwe ryby! Zobaczysz! Nie będziesz pisać, że tu nie ma ryb.

Pojechaliśmy nad morze. Było cudownie.
Wiał miły wiatr, bryza od słonej wody chłodziła, świeciło słońce, widoki na fiordy zapierały dech w piersiach.
Na wygrzanej słońcem skale, z pluskającą wodę u stóp, łowiliśmy na wędkę makrele i dorsze. Tylko....

Tylko, że przez 6 godzin NIC nie złowiliśmy. Może z 10 sztuk takich małych rybek naskalnych, co to nie znamy ich nazwy, ale siedzą blisko skał - małe to, na palec długie. I nic więcej.

- No, nie może tak być, żebyś bez ryby poszła! - Polak złapał za telefon i zadzwonił do drugiego Polaka, co w tym czasie podobno ze znajomym łowił z łodzi i miał makrele. - Przywieź makrele! Tobie niepotrzebne są.

Kochane chłopaki. Dostałam 7 makrel. I urządzenie do wędzenia. Całkiem były niezłe. A świeżo złowione - bo pachniały morzem.

I oczywiście wierzę, że w Norwegii są ryby, i że biorą na wędkę i że te makrele nie były ze sklepu. Przecież nie wprowadzali by mnie w błąd. Ależ nie ze sklepu, skąd.

:-)   :-)   :-)

Kot mi schudł

Wróciłam szczęśliwie.

Kot mi schudł to tytuł książki albo opowiadania autorstwa Grocholi. Grocholę polecam. Podobnie jak Szwaję. Polskie autorki i bardzo miło się czytają.

A kot schudł mi naprawdę. Wiedziałam na wyjeździe, że się zatruł i przeszedł serię zastrzyków u weterynarza. Wiedziałam, że już jest "lepszy" i że już nie musi dalej zastrzyków brać. Ale jak zobaczyłam kocinę w drzwiach to mi się serce pokrajało. Chude, zmierzwione, z matową sierścią, kępki tej sierści sterczały na boki, a na oczach częściowo wychodziła mu tak zwana trzecia powieka - taki biały płatek. Wyglądał koszmarnie. To jak wyglądał jak był "gorszy"?!

Trochę je, dużo śpi, dziś sierść już gładsza i trochę zaczyna błyszczeć. Trzecia powieka nadal widoczna. I nadal jest słaby. Dziś wyparzałam i szorowałam mu kuwetę i łopatkę. Dostał też nowy piasek, tamten się szybko zużył jak z kota leciało na obie strony. Nie będę mu piasku żałować.

Ja też słaba. Pierwszy dzień po powrocie latałam z papierami z pracy i do pracy. Po moim zatruciu gazem nadal źle się czuję. JEst lepiej, ale mam zawroty głowy i szybko się męczę. I ewidetnie mam coś źle z błędnikiem. Może trzeba będzie się zbadać. Boże, jak mi się nie chce.... Założymy sobie mały domowy szpitalik. Kot chory, ja chora, jeszcze jeden z domowników po operacji, dzwigać nie wolno, schylać się nie wolno, kurzyć nie wolno. Nic nie wolno.

Zdjęć nie chce mi się dziś odpalać, niech poleżą jeszcze dzień czy dwa w aparacie. Dziś chce mi się spać. Urok wyjazdów dalekich. O zmęczeniu mało kto pisze.

Następny odcinek będzie o rybach w Norwegii.


czwartek, 4 września 2014

Czekając na bramkę

Siedzę na lotnisku w Olso-Rygge. Już otworzyli bramkę, jeszcze kolejka, zaraz tam pójdę.
Kontakty przy kiblu, jakże by inaczej.
I tym razem działa net.

Jestem zmęczona, ale zadowolona.
Na odprawie tradycyjnie walczyłam o limit bagażu. Po wielkich bólach udało mi się zrobić 15,9. Mam śpiwór w podręcznym...

Podręczny mam sporo lżejszy niż należny. Jak zwykle.

Zdjęcia i inne takie - na dniach. Idę.

sobota, 30 sierpnia 2014

Gaz. Oj.



Siedzę na lotnisku i się odprawiam. Mogę to zrobić na 7 dni przed odlotem.
Zbierają się chmury, ciekawe, czy będzie lać. Nie wzięłam dziś płaszcza. W ogóle źle się czuję, chyba zatrułam się gazem. Z butli. Mam mega zawroty głowy i śpię jakieś nieziemskie ilości godzin a czuję się jakby mi kto młotkiem w głowę dał. Jak potrząsnęłam dziś rano butlą – to ubyło choć nie gotowałam i zaśmierdziało – dzień dobry, mamy winowajcę. A już się bałam, że grzyby, ale nie jadłam ich przedwczoraj a objawy mam od 3 dni. Albo jarzębina – ale żeby aż tak mnie zjechała? Niby gorzka i ludzie dużo nie jedzą, ale kto ją tam wie…. Chyba jednak gaz. I objawy mam najgorsze rano, zdecydowanie przy budzeniu…
Kto by pomyślał… A tak się wahałam czy nie zostawić poza namiotem. Czeba-było…..
Ale mnie wzięło. Koszmarnie się czuję, naprawdę. Długo to trzyma. Jest już wieczór a mi się nadal w głowie kręci….

----Następnego dnia....
Dziś już jest lepiej. Przespałam tylko 8 godzin i mogłam się rano wysikać bez trzymania się rękami ziemi. Są postępy. Ufff..... Już lepiej. Dobrze, że zidentyfikowałam, bo już byłam bliska korzystania ze "112".

Pierwszy dzień naprawdę solidnie pada. Dzień namiotowy, a wieczorem wizyta u znajomych - stąd net. Mam szczęście.

Polska wygrywa... niedługo wracam do namiotu.

Jeziora norweskie - ładne, ale wcale nie jest aż tak czysto jak opowiadają, śmieci leżą po lasach. No i ryby wcale nie wychodzą z jeziora, nie proszą "weź mnie! Weź mnie! Na patelnię!" i nie mają po 2 metry długości. Nawet nie po pół metra. 


sobota, 23 sierpnia 2014

Fru, fru z plecakiem

Siedzę na lotnisku.
Wokół kręcą się ludzie, gwar, ciasno. Na Modlinie nie bardzo są kontakty z prądem. Siedzę pod jednym z trzech dostęnych, czwarty jest w kawiarni, czyli wypada coś kupić. Nie za dużo jak na lotnisko międzynarodowe, zwłaszcza że dwa z tych kontaktów są przy wyjściu z kibla. Wybrałam trzeci - przy wifi. Darmowym, pod warunkiem pobrania gazetki lotniskowej (bezpłatnej). Pobrałam - mam nadzieję że nie pozmienia mi jakiś ustawień w kompie.
Siedzę oczywiście na podłodze, jedyne miejsce z krzesłem jest w kawiarni. Jednak pod tym względem Chopin ma fajniej. Nie pamiętam tylko czy mają darmowe wifi. Ale mają prąd.

Odlot za godzinę, bramka otwarta za pół.

Godzinę temu miałam ostre przepakowywanie - okazało się że plecak mam za ciężki, ale podręczny mam bardzo lekki i przełożyłam trochę żarcia i ubrań. Przełożyłam pęczak, całe kilo - w planie mam ryby. Robaki (tak, wiozę robaki) zostały w głównym. Myślę, że nie cieniują przy prześwietlaniu bagażu, ale a nuż widelec by mnie trzepali, lepiej mieć je w głównym.

Limit bagażu mam z 2-3 kilowym zapasem (10 podręcznego, plus 15 głównego), a ja mam 8+16. Tak dokłądniej 15,9 kg - bo - o jak miło ze strony linii - zapis "15 kg" oznacza 15,9 kg, byle z przodu było 15. Baaaardzo dobrze. Ciekawe czy "10" podręcznego to tak samo? Nikt mi go nie zważył.....

W razie niewielkiej skuchy należy się ratować ubraniem typu kurtka z kieszeniami i poutykać tam po kieszeniach wszystkie ładowarki i i kable i elektronikę- bo to ciężkie - a kurtka jest przecież na sobie - i nie jest ważona. Kurtkę miałam naszykowaną, ale nie była potrzebna.

----

W plecaku komplet "zabawek" na 13 dni w dzikim kraju. Namiot, karimata, palnik, jedzenie, menażka, PATELNIA, i wędka. I kasze - które albo zjędzą ryby, albo jakby nie brały - zjem ja.
Będę szukać naturalnej żywności, bo mam głównie "koncentraty":
- kaszę, ryż, makaron
- płatki na śniadanie
- mleko w proszku (ok 1 kg)
- olej do smażenia 0,6 litra.
I trochę herbaty.
I sól.
I pudełeczko z mąką do panierowania ryby.
I dwie czekolady "ratunkowe" - na zły dzień i głód.
I NIC WIĘCEJ>

Podobno jest tam dużo malin i jagód i jeżyn - liczę na kaszę z gęstym mlekiem i jagody.
No i ryby.
I wzięłam książkę o roślinach jadalnych, co ją dostałam niedawno na prezent urodzinowy, niby o Polsce, ale spokojnie wejdzie cała umiarkowana strefa Europy. Co prawda jadę w Europę zimną, ale nadal powinno się dać dobrać trochę listków na "sałatkę z zielska". Jadam tak w Polsce, dojadam listki w górach, to i w zagramanicy europejskiej powinnam poradzić.

To jedyna książka jaką biorę, jedyna ekstrawagancja. Jeszcze notes, mam jedną dużą rzecz do napisania -  a jadę w głuszę, będę mieć co robić w długie, samotne, zimne wieczory. O samotności, ciszy i odludziu  myślę z przyjemnością.
Laptop pewnie szybko zdechnie, zwłaszcza że będzie zimno, więc wręcz nie ma co go za bardzo oszczędzać, tylko na początku "zjechać", a potem już będę tylko ręcznie pisać.

Netu i tak nie będzie, prądu też.
I dobrze. Martwi mnie tylko zimno, ale śpiwór mam bardzo ciepły, a namiot jest pożyczony, ale bardzo porządny, mam nadzieję, że będzie "trzymał" ciepło.
 
 Ciekawa jestem tego kraju, gdzie jadę. Podobno przestrzenie, piękno, mało ludzi a ludzie życzliwi i uczciwi. I rozbijać namiot można gdzie się chce, podobnie jak łowić i zbierać jagody i grzyby. Zobaczymy. Troche się boję, bo pierwszy raz jadę całkiem sama na "trekking". Jak zapomnę zapalniczki (wzięłam!) albo pasty do zębów (wziąłam!) to ten druki może by miał. A tak skucha to skucha. Nie przewiduję sklepów, chociaż jakby było trzeba...
NA trekingu nie byłam już z 10 lat, bardziej tak jeździłam w studenckich czasach, ale lubiłam ten styl. Bardziej jestem ciekawa niż się boję. Choć parę dni temu tak byłam zmęczona i pracą i przygotowaniami (dużo rzeczy na raz i doba za krótka), że gdyby nie kupione już bilety, to bym chyba sieknęła ten wyjazd w cholerę....

Jeszcze dziś w nocy obudziłam się - nie wiem o której - trzeciej? - było ciemno, a nie patrzyłam na zegarek. Obudziłam się i pomyślałam" " łyżka! Zapomniałam dołożyć łyżkę! Spakowałam sam nóż!" - po czym wstałam i poszłam po łyżkę i położyłam na plecaku. I poszłam spać. Koło piątej obudziłam się drugi raz: "sucharki bezglutenowe! są w piekarniku! Wyłączone, i gotowe, i pewnie już ostygły od wieczora, ale zapomnę rano dołożyć!" Wstałam, poszłam do kuchni, oderwałam od blachy jednego sucharka i położyłam na plecaku - już nie zapomnę. I poszłam spać.
O wpół do ósmej wstałam, chwilę przed budzikiem, zjadłam, dopakowałam plecak, poturlałam się na pociąg z bagażami (do Modlina wybrałam pociąg, autobusem można taniej, ale lubię pociągi)

Nie wiem gdzie będzie kolejny net. Obstawiam że na lotnisku przy powrocie, ale nie wiem. Może coś się trafi na wyjeździe, bo potrzebuję się odprawić, a durne linie lotnicze pozwalają niby 30 dni przed, ale jednak 7. I teraz jeszcze mi nie wbija miejsca - mimo że wybieram darmową opcje miejsca dowolnego przydzielanego losowo. Idiotyczne, nie? Losowe w końcu.... Bosz... Piszą jak wół: odprawa od 28.08. Super. Będę wtedy w  środku lasu. A odprawa na lotnisku kosztuje 75 Eurosków. Wydrukowanie odprawionego ale nie wydrukowanego biletu "tylko" 15. Zostawiłam koleżance namiar na odprawienie mnie, może znajdę jakąś kafejkę tańszą niż 15 Euro i się wydrukuję. Ostatniego dnia pewnie. Byle 2 godz przed odlotem po potem - to znów płacić... Australii tak nie mieli. Ale tu Europa. W sumie nie aż taki problem. A może się ktoś z netem i drukarką znajdzie w głuszy. Chociaż na razie planuję jedynie własne towarzystwo i ryby, ale może po paru dniach będę się integrować z tubylcami. Na razie mam zamiar zapaść w namiotem w głuszy.

4 minuty do otwarcia bramki.
Ostatnie łyki prądu dla laptopa.


Po co biorę laptop w głuszę? Jestem tak zarobiona, że nawet te 8 godzin co mi bateria potrzyma - pozwoli mi napisać coś tam co mam do zrobienia. I poczekalnie lotniskowe - zwykle GDZIEŚ jest prąd. Bodaj w kiblu..... Twardy becpackers da się rade wszędzie. Jak w Australii dałam radę to nie dam rady w Europie? Ja? Ja nie dam rady? Kukuryku!!!! Dam radę. I wielką rybę złowię.Taaaaką. I udowodnię że można pojechać w zimne kraje bardzo drogie za mniej niż 1000 zł na 2 tygodnie. YES. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało. Żeby skuchy nie było. Żeby wyszło że wszystko co ważne przewidziałam i że dobrze spakowałam plecak. To wyjazd tak zwany kwalifikowany - wszystko ze sobą na plecach. Lubię tak. Dawno już tak nie jechałam, ale lubię tak. Mam nadzieję, że spakowałam co trzeba.

Minuta po otwarciu bramki. Poturlam się pod odprawę, bo spod kibla... żartuję, siedzę kawałek dalej, nie pod kiblem - ale i tak nie widzę bramki. Czas wstać.

O, zapowiedzieli moją bramkę, ze otwarta. Miło.
W samolocie wyjmę mapę i poproszę żeby mi pokazali gdzie właściwie ląduję - bo wiem że ok 50 km poza miastem. Ale nie wiem, gdzie, nengliie znalazłam na mapie, a netu nie miałam czasu przeszukać. Tubylcy mi pokażą. Coś tam "spikam" w Englishu, dam radę.

Czas iść
Czas ruszać.
Czas zacząć przygodę.