Dziś na bramce wyjazdowej z parku narodowego spotkaliśmy
nowe plemię, które przyszło pohandlować. Śliczni byli, to znaczy ślicznie mieli
zrobione włoski. Faceci w takie jakby czapeczki utrwalone gliną i pomalowane na
kolorowo, a kobitki warkoczyki pomalowane czerwoną gliną wymieszaną z tłuszczem
i zakończone kuleczkami z tej gliny. Bardzo ładne. Plemię nazywa się podobno
Turkana, tak jak jezioro Turkana. Częściej spotykaliśmy Saburo, oni mają
normalne włosy i bardzo kolorowe ubrania.
Spotkałam dziś kolejną grupę Polaków. Trochę pogadałam i już
nie czuję się taka wyobcowana. Następna grupa z Afrykalines, prowadzona przez
Grzegorza. Facet mieszka od 14 lat w Kanii i robi safari. Spotkałam też
pojedynczego Polaka, który pojechał z jakąś grupą, ale nie wiem jaką, bo mi się
zapomniało.
Po południu pojechaliśmy do wioski, tym razem plemię Elmoro,
najmniejsze plemię afrykańskie, około 100 osób. Wreszcie się wykąpałam. Nie
wiem tylko po jaką cholerę mi asysta, ale Hiszpanie pilnują bezpieczeństwa
niesamowicie. Może tak trzeba. Asysta nie pozwoliła mi daleko wypłynąć, gorzej,
miałam pływać tam gdzie jest woda do pasa, podrapałam sobie kolano. Podobno
tutejsi (a tutejsi mnie pilnowali) zwykle nie umieją pływać. I to stąd. Cóż lepsza taka kapiel niż żadna.
Trochę popływałam. Woda chłodna, ale w tym upale to nawet przyjemnie. Nie
sądziłam, że coś takiego kiedykolwiek napiszę, lubię zazwyczaj ciepłą wodę.
Dzień zaduszny
Dziś widziałam groby. Wyjechałam na Dzień Zaduszny, a to się
akurat trafiło w temacie. Tradycyjny kenijski grób na pustyni to kopiec z ziemi
i kamieni. Bez krzyża, bez jakiś specjalnych oznaczeń. Jakby mi nie
powiedzieli, to mogłabym na niego wejść i usiąść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz