Wczoraj
była akcja kleszcz
Nieudana. Urwałam kleszcza, została główka. W kocie te kleszcze siedzą głębiej,
niż w człowieku. Człowiekowi to bym wyjęła tym zestawem narzędzi, co miałam,
ale do kota trzeba mieć albo inne zabawki albo inny algorytm. To są też inne
kleszcze niż ludzkie. Takie z czerwoną pupką i większe i trochę twardsze.
Ludzkie są z czarną.
Jasne, że
zadowolony nie był i darł ryj w trakcie. Ale nawet jak wyrwał łapę z uchwytu to
nie drapał, tylko sterczała w górze i to ze schowanymi pazurami. Chyba rozumie, że to pomoc i dlatego nas nie
drapał. Tylko wył. I nie uciekał po operacji, a tylko trochę się odsunął.
Myślę, że
rozumie, również dlatego, że całą zabawę zaczęłam, gdy zobaczyłam że drapie
jedno miejsce. Obejrzałam miejsce. Zobaczyłam kleszcza. Poszłam po narządy i
uchwyt do kota (biologiczny, w postaci
człowieka).
I zaczęłam operację,
zaraz po tym drapaniu. Dlatego myślę, że rozumie, że to pomoc. Bo go swędziało,
a ja coś z tym zrobiłam.
I
naprawdę nas nie podrapał, a mógł. Ja uważnie obserwowałam łapy, bo dłubałam w
jego szyi i miałam oczy w zasięgu pazurów. Dlatego byłam bardzo, bardzo uważna.
Ta stercząca łapa ze schowanymi pazurami mnie wzruszyła. Moje oczy były w
zasięgu. I nic. Schowane pazury. Łapa nieruchoma.
Co za dzielny kot!